Wolfenstein: The New Order - ale wkurw. Ta gra jest rewelacyjna przez 99,999% czasu. A potem jest zakończenie.
Teoretycznie fabuła nie powinna mieć znaczenia, bo to bezmyślna, szybka jatka z dużymi levelami, gdzie nikt za bardzo nie prowadzi za rączkę. Taki trochę powrót do czasów DN3D, czyli rewelacja - ale nie do końca, bo w niektórych częściach jednak levele są zbyt reżyserowane. Powiedziałbym, że 60% to stara szkoła, reszta trochę jak Call of Duty. Ogólnie gra megamiodna, z niesamowitą mechaniką strzelania: czuć jak kule orzą ciała nazioli.:)
Po co w tym fabuła? A jednak jest, i jest... czadowa. Świetne dialogi, pamiętne postaci, dziwaczne i działające połączenie kiczu i poważniejszych podtekstów. Tylko że zakończenie, sama ostatnia scena, jest tak słaba, tak niesatysfakcjonująca... To nawet nie sequel bait. To... brak czasu albo pomysłu?
Przez dużą część gry staram się zdobyć kody do detonacji głowic nuklearnych. To co, kończy się wysłaniem jednej na Berlin? Nie.
Duża część gry to wątek sabotażu betonu, z którego Nimce budują swoje chore konstrukcje. To może ich miasta się sypią? Nie.
Wiele czasu poświęca się dziwnej technologii Niemców. Czy wyłączamy ich maszyny? Nie.
W grze dowiadujemy się, że na całym świecie są ukryte skrytki z tajemną bronią. Może odkrywamy do nich dostęp i zaczynamy jakieś powstanie? Nie.
Co robimy? Aaaa, załatwiamy takiego gościa.
Facet jest niby głównym wynalazcą Rzeszy, ale jego śmierć niczego nie zmienia. Niemcy mają już technologię. Gracz przechodzi więc przez nieziemskie trudy, gra podrzuca tropy co do możliwych zakończeń - każde epickie i pasujące do gigantycznej wręcz jatki, którą powodujemy - a kończy się na tym, że załatwiamy starca.
Opadła mi kopara, jak przeleciały napisy końcowe i nic więcej nie pokazano. Główny bohater niby ginie, ale nie ginie, bo słychać dźwięk helikoptera, tak jakby został ewakuowany. Takie "idźcie w pizdu" od producenta. "To ma potencjał sprzedażowy i może zrobimy sequel. A może nie. Spierdalaj".
Gra jest absolutnie rewelacyjna, piękna, ma przebogatą fabułę i genialne założenia świata, ale końcówka sprawia, że zamiast 10/10 jest 9/10.
Przy okazji: trzy postaci mówią tu przez pewien czas po polsku. Tak jest w oryginalnej wersji, to nie tłumaczenie. Lepszego polskojęzycznego występu aktorskiego w grze nigdy nie widziałem.
Przy okazji raz jeszcze: rozwalanie Niemców na Księżycu to najlepsza strzelanka Star Wars, w jaką grałem. Białe zbroje, laserki, oficerowie, szara baza... W sumie Imperium to tacy naziści w kosmosie. Wszystko się zgadza.
Przy okazji 3: najlepsze wykorzystanie noża ever. Jedno cięcie nie wystarczy. Łapiesz gościa i go dźgasz, dźgasz, dźgasz, dźgasz aż padnie. Co za satysfakcjonujące uczucie.:)
Teoretycznie fabuła nie powinna mieć znaczenia, bo to bezmyślna, szybka jatka z dużymi levelami, gdzie nikt za bardzo nie prowadzi za rączkę. Taki trochę powrót do czasów DN3D, czyli rewelacja - ale nie do końca, bo w niektórych częściach jednak levele są zbyt reżyserowane. Powiedziałbym, że 60% to stara szkoła, reszta trochę jak Call of Duty. Ogólnie gra megamiodna, z niesamowitą mechaniką strzelania: czuć jak kule orzą ciała nazioli.:)
Po co w tym fabuła? A jednak jest, i jest... czadowa. Świetne dialogi, pamiętne postaci, dziwaczne i działające połączenie kiczu i poważniejszych podtekstów. Tylko że zakończenie, sama ostatnia scena, jest tak słaba, tak niesatysfakcjonująca... To nawet nie sequel bait. To... brak czasu albo pomysłu?
Przez dużą część gry staram się zdobyć kody do detonacji głowic nuklearnych. To co, kończy się wysłaniem jednej na Berlin? Nie.
Duża część gry to wątek sabotażu betonu, z którego Nimce budują swoje chore konstrukcje. To może ich miasta się sypią? Nie.
Wiele czasu poświęca się dziwnej technologii Niemców. Czy wyłączamy ich maszyny? Nie.
W grze dowiadujemy się, że na całym świecie są ukryte skrytki z tajemną bronią. Może odkrywamy do nich dostęp i zaczynamy jakieś powstanie? Nie.
Co robimy? Aaaa, załatwiamy takiego gościa.
Facet jest niby głównym wynalazcą Rzeszy, ale jego śmierć niczego nie zmienia. Niemcy mają już technologię. Gracz przechodzi więc przez nieziemskie trudy, gra podrzuca tropy co do możliwych zakończeń - każde epickie i pasujące do gigantycznej wręcz jatki, którą powodujemy - a kończy się na tym, że załatwiamy starca.
Opadła mi kopara, jak przeleciały napisy końcowe i nic więcej nie pokazano. Główny bohater niby ginie, ale nie ginie, bo słychać dźwięk helikoptera, tak jakby został ewakuowany. Takie "idźcie w pizdu" od producenta. "To ma potencjał sprzedażowy i może zrobimy sequel. A może nie. Spierdalaj".
Gra jest absolutnie rewelacyjna, piękna, ma przebogatą fabułę i genialne założenia świata, ale końcówka sprawia, że zamiast 10/10 jest 9/10.
Przy okazji: trzy postaci mówią tu przez pewien czas po polsku. Tak jest w oryginalnej wersji, to nie tłumaczenie. Lepszego polskojęzycznego występu aktorskiego w grze nigdy nie widziałem.
Przy okazji raz jeszcze: rozwalanie Niemców na Księżycu to najlepsza strzelanka Star Wars, w jaką grałem. Białe zbroje, laserki, oficerowie, szara baza... W sumie Imperium to tacy naziści w kosmosie. Wszystko się zgadza.
Przy okazji 3: najlepsze wykorzystanie noża ever. Jedno cięcie nie wystarczy. Łapiesz gościa i go dźgasz, dźgasz, dźgasz, dźgasz aż padnie. Co za satysfakcjonujące uczucie.:)
20-08-2016, 22:42






