The Most Dangerous Game (1932) - głupawa survivalowa przygodówka twórców King Konga. W wielu momentach montaż kuleje, jest wymuszony wątek romansowy, Robert Armstrong gra tak irytująco, że nawet zostaje zabity za kadrem, zanim akcja na dobre się rozkręca. Przesadzony do granic akcent villaina budzi śmiech, dialogi są cholernie corny, a Fay Wray tylko krzyczy. Trochę lepiej na tle reszty wypada końcówka, gdy główna para ucieka przed złymi, bo jest spoko survival, muzyka Steinera, dobrze wykorzystana dżungla od King Konga. Reasumuąc - raczej guilty pleasure.
Storks- nie wiem jak to ocenić. Jako komedia jest przednia. Niestety, odnoszę wrażenie, że teraz każdy amerykański animowany film familijny jest robiony na to samo kopyto. Nie mam na myśli tych klisz, które też są wkurwiające (protagonista-lamus, liar revealed, rozdzielenie, moment, kiedy bohater niby ginie, moment smutku!), a czemu na siłę wciskają te smuty?! Jakieś depresyjne klimaty?! Wymuszony morał?! Czemu?! Czemu nikt nie może zrobić z tego pełnoprawnej jajcarskiej komedii?! No czemu? Bo ten film jest autentycznie zabawny i mogę wymieniać udane akcje (mój ulubieniec - "myślałem, że to dzielnica hipsterów!").
Storks- nie wiem jak to ocenić. Jako komedia jest przednia. Niestety, odnoszę wrażenie, że teraz każdy amerykański animowany film familijny jest robiony na to samo kopyto. Nie mam na myśli tych klisz, które też są wkurwiające (protagonista-lamus, liar revealed, rozdzielenie, moment, kiedy bohater niby ginie, moment smutku!), a czemu na siłę wciskają te smuty?! Jakieś depresyjne klimaty?! Wymuszony morał?! Czemu?! Czemu nikt nie może zrobić z tego pełnoprawnej jajcarskiej komedii?! No czemu? Bo ten film jest autentycznie zabawny i mogę wymieniać udane akcje (mój ulubieniec - "myślałem, że to dzielnica hipsterów!").
07-11-2016, 13:54





