Er ist wieder da - idealny film na nasze ciekawe, niespokojne czasy, w których łatwiej może dojść do głosu zły i zarazem charyzmatyczny człowiek, wykorzystując do tego zbiorowe lęki i ukryte pod polityczną poprawnością prawdziwe myśli, nigdy nie wypowiadane na głos przez uczciwych obywateli. Fabuła w skrócie: Hitler przenosi się w czasie do współczesności i pnie się po szczeblach władzy, z łatwością wykorzystując współczesne technologie. Miałam w ręku książkę: gruba i raczej nudna, za to film świetny: lekki, zabawny, i tylko czasami robi się dziwnie, kiedy tak się wsłuchać, co Adolf, ulubieniec tłumów, tak naprawdę mówi, i jest w tym wszystkim doskonała równowaga - film jest przestrogą, ani na chwilę nie tracąc humorystycznego tonu. Jest też lepsze zakończenie niż w książce jeśli chodzi o wątek jednego z bohaterów. Aktor grający Hiltera - pierwsza klasa. Tyle lat po wojnie, a fuhrer wciąż rozdaje.
Wake in fright - nauczyciel w australijskiej mieścinie pośrodku niczego (dosłownie - mamy szkółkę pośrodku pomarańczowej pustyni plus tory kolejowe plus budynek po ich przeciwnej stronie) dostaje wytęsknione wakacje i, zadowolony, że wreszcie wyrwie się na parę dni z otaczającego go ciemnego, zapijaczonego buractwa, wsiada w pociąg do Sydney. A raczej w pociąg, z którego dopiero przesiądzie się na pociąg do Sydney, bo po po drodze czeka go przesiadka w niedużym mieście zwanym Yabba, którego mieszkańcy są nader gościnni wobec przybysza. Są oni także prymitywami i alkoholikami, więc nasz bohater czuje się od nich lepszy... co nie przeszkadza mu jednak w pokuszeniu się o kilka miejscowych atrakcji - ot, żeby zabić czas i "poczuć klimat".
"Wizytówką" filmu jest drastyczna scena polowania na kangury, podczas której ludzie ponoć wychodzili z kina - faktycznie mocny wpierdol (co więcej, jest to scena autentyczna). Ale nie tylko to zapada w pamięć. W "Wake in fright" z każdego kadru wylewa się syf: brudne zaniedbane podwórza, tanie spienione piwsko, tłuszcz smażonego żarcia, strugi potu na niemytych ciałach, krew zabijanych zwierząt, pył na spalonych słońcem drogach - niemal czuć, jak to wszystko razem śmierdzi. Brudny, pełen przemocy i alkoholu film o podróży w głąb siebie oraz kondycji natury ludzkiej (niestety, nie prezentuje się ona zbyt dobrze).
Valley of violence - Dziki Zachód, podróż zmęczonego człowieka z psem z przystankiem przez praktycznie wyludnioną mieścinę, w której tylko jeden z mężczyzn posiada mózg. Chyba antywestern, bo bohaterowie (przynajmniej ci rozumni) nie są szczególnie wyrywni do rewolwerowych wyczynów. Obraz niebezpiecznych skutków ludzkiej głupoty, fajny Ethan Hawke, kilka nieco Coenowskich dialogów, klimat zadupia i znużenia życiem. Lubię.
Wake in fright - nauczyciel w australijskiej mieścinie pośrodku niczego (dosłownie - mamy szkółkę pośrodku pomarańczowej pustyni plus tory kolejowe plus budynek po ich przeciwnej stronie) dostaje wytęsknione wakacje i, zadowolony, że wreszcie wyrwie się na parę dni z otaczającego go ciemnego, zapijaczonego buractwa, wsiada w pociąg do Sydney. A raczej w pociąg, z którego dopiero przesiądzie się na pociąg do Sydney, bo po po drodze czeka go przesiadka w niedużym mieście zwanym Yabba, którego mieszkańcy są nader gościnni wobec przybysza. Są oni także prymitywami i alkoholikami, więc nasz bohater czuje się od nich lepszy... co nie przeszkadza mu jednak w pokuszeniu się o kilka miejscowych atrakcji - ot, żeby zabić czas i "poczuć klimat".
"Wizytówką" filmu jest drastyczna scena polowania na kangury, podczas której ludzie ponoć wychodzili z kina - faktycznie mocny wpierdol (co więcej, jest to scena autentyczna). Ale nie tylko to zapada w pamięć. W "Wake in fright" z każdego kadru wylewa się syf: brudne zaniedbane podwórza, tanie spienione piwsko, tłuszcz smażonego żarcia, strugi potu na niemytych ciałach, krew zabijanych zwierząt, pył na spalonych słońcem drogach - niemal czuć, jak to wszystko razem śmierdzi. Brudny, pełen przemocy i alkoholu film o podróży w głąb siebie oraz kondycji natury ludzkiej (niestety, nie prezentuje się ona zbyt dobrze).
Valley of violence - Dziki Zachód, podróż zmęczonego człowieka z psem z przystankiem przez praktycznie wyludnioną mieścinę, w której tylko jeden z mężczyzn posiada mózg. Chyba antywestern, bo bohaterowie (przynajmniej ci rozumni) nie są szczególnie wyrywni do rewolwerowych wyczynów. Obraz niebezpiecznych skutków ludzkiej głupoty, fajny Ethan Hawke, kilka nieco Coenowskich dialogów, klimat zadupia i znużenia życiem. Lubię.
21-02-2017, 15:03 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-02-2017, 15:06 przez Quay.)





