SPOILERY!
Dwójka ma niby najsłabszą (a moim zdaniem - najmniej skomplikowaną) fabułę, ale zarazem nie udaje nie wiadomo jak dojrzałego traktatu sci-fi i biorąc garściami świetne elementy z poprzednika dodatkowo poprawia kilka problemów (mini gierka z hackowaniem, równoczesne używanie plasmidów i broni), słowem - ma najlepszy gameplay z serii. W starciu z jedynką przegrywa na poziomie historii, postaci no i nie wali tak po mordzie, bo zna się już Rapture i efekt "wow" raczej nie występuje.
Lubię Levine'a (Thiefa [geniusz!] i System Shocka 2 wręcz wielbię [swoją drogą - jedynym istotnym dla mnie problemem Bioshocka jest wielopoziomowe podobieństwo właśnie do SS2]), ale przy Infinite przekombinował. Na wstępie zaznaczam, że wiedziałem o obecności twistu fabularnego (to znaczy byłem przygotowany, że jakiś będzie, natomiast nie znałem szczegółów), stąd pewnie moje największe rozczarowanie. Bo w Bioshocki generalnie gram dla fabuły (często krytykuje się gameplay tych gier - rozumiem zarzuty, ale ich nie podzielam [aczkolwiek Infinite mnie nudził, pewnie przez uproszczenie rozgrywki] i oczekuję brainfucka. No więc tutaj nie było brainfucka, bo takie rozwiązanie, jakie zaserwowano w epilogu wydawało się najbardziej oczywiste (wiem, brzmię teraz jak te wszystkie internetowe Nostradamusy przewidujące finał filmu po 20 minutach), jeśli uważnie interpretowało się i łączyło w całość podawane skrawki intrygi. Ale ok, to nie jest największym problemem; najbardziej boli, że to jest durne i nieangażujące. Durne, bo oparte na paradoksach (tak często występujących w historiach o podróżach czasowych) i dziurach fabularnych, nieangażujące, bo przez cały ten myk multiwymiarowy kompletnie nie obchodził mnie los postaci. Bo mogą wszystko w każdej możliwej kombinacji. Booker może gwałcić analnie Elizabeth w jednej wersji wydarzeń, w drugiej za wynaleźć lek na raka i stworzyć miasto w kosmosie (wiadomo, there's always a man, there's always a city). Multum możliwości powoduje, że nie jestem w stanie się tym wszystkim emocjonować (to tak, jakby, dla przykładu, w The Thing większość bohaterów była nieśmiertelna, a Cosiek biegałby po śniegu i płakał, że nie może zabijać/zarażać ludzi). Tak więc podczas odkrycia kart miast rwać włosy z głowy i modlić w amoku się do posążka Kena wziąłem z kubek z herbatą z biurka, pociągnąłem spory łyk płynu i odłożyłem kubek na biurko. Tak po mnie spłynęła fabuła Infinite. Ech, a tyle mi ta gra naobiecywała (i znajomi, i recenzje, i internauci)...
Piszesz, że Levine ambitnie podszedł do sprawy. Sam nie wiem. Może to porwanie się z motyką na słońce, a może grafomaństwo i pretensjonalność najgorszego sortu. Na tę chwilę skłaniam się ku tej mniej idealistycznej i bardziej wyrachowanej wersji.
Ta gra to 10/10 i arcydzieło do momentu nieudanego rzutu piłką (szczyt osiąga w momencie wejścia do Columbii [to Bajoszoki zawsze robiły doskonale - prezentowały ogrom i piękno miasta]). Później wchodzi raczej nudny, uproszczony gameplay z głupimi decyzjami designerskimi i chyba największy bełkot świata na poziomie scenariusza (może z czasem się zdystansuję i wymóżdżę bardziej stonowane stwierdzenie). Swoją drogą ironicznym jest (w pejoratywnym znaczeniu), jak nieistotne są wszystkie "decyzje" stawiane przed graczem w kontekście całego tego gromkopierdnego pieprzenia o wyborach i ich konsekwencjach.
1 > 2 >>> Infinite. W skali 10-cio stopniowej wygląda to tak: mocna 9, solidna 9 i słaba 7. Czas na Burial at Sea. Tym razem przezornie nie stawiam oczekiwań.
Możesz rozwinąć to -> "Zresztą nawet jak komuś nie pasują te międzywymiarowe kombinacje, to rzecz działa na kilku innych poziomach i ma parę świetnych protagonistów." Wielopoziomowość widzę w jedynce (z tego też powodu uważam, że jej fabuła to arcydzieło), ale tutaj?
Dwójka ma niby najsłabszą (a moim zdaniem - najmniej skomplikowaną) fabułę, ale zarazem nie udaje nie wiadomo jak dojrzałego traktatu sci-fi i biorąc garściami świetne elementy z poprzednika dodatkowo poprawia kilka problemów (mini gierka z hackowaniem, równoczesne używanie plasmidów i broni), słowem - ma najlepszy gameplay z serii. W starciu z jedynką przegrywa na poziomie historii, postaci no i nie wali tak po mordzie, bo zna się już Rapture i efekt "wow" raczej nie występuje.
Lubię Levine'a (Thiefa [geniusz!] i System Shocka 2 wręcz wielbię [swoją drogą - jedynym istotnym dla mnie problemem Bioshocka jest wielopoziomowe podobieństwo właśnie do SS2]), ale przy Infinite przekombinował. Na wstępie zaznaczam, że wiedziałem o obecności twistu fabularnego (to znaczy byłem przygotowany, że jakiś będzie, natomiast nie znałem szczegółów), stąd pewnie moje największe rozczarowanie. Bo w Bioshocki generalnie gram dla fabuły (często krytykuje się gameplay tych gier - rozumiem zarzuty, ale ich nie podzielam [aczkolwiek Infinite mnie nudził, pewnie przez uproszczenie rozgrywki] i oczekuję brainfucka. No więc tutaj nie było brainfucka, bo takie rozwiązanie, jakie zaserwowano w epilogu wydawało się najbardziej oczywiste (wiem, brzmię teraz jak te wszystkie internetowe Nostradamusy przewidujące finał filmu po 20 minutach), jeśli uważnie interpretowało się i łączyło w całość podawane skrawki intrygi. Ale ok, to nie jest największym problemem; najbardziej boli, że to jest durne i nieangażujące. Durne, bo oparte na paradoksach (tak często występujących w historiach o podróżach czasowych) i dziurach fabularnych, nieangażujące, bo przez cały ten myk multiwymiarowy kompletnie nie obchodził mnie los postaci. Bo mogą wszystko w każdej możliwej kombinacji. Booker może gwałcić analnie Elizabeth w jednej wersji wydarzeń, w drugiej za wynaleźć lek na raka i stworzyć miasto w kosmosie (wiadomo, there's always a man, there's always a city). Multum możliwości powoduje, że nie jestem w stanie się tym wszystkim emocjonować (to tak, jakby, dla przykładu, w The Thing większość bohaterów była nieśmiertelna, a Cosiek biegałby po śniegu i płakał, że nie może zabijać/zarażać ludzi). Tak więc podczas odkrycia kart miast rwać włosy z głowy i modlić w amoku się do posążka Kena wziąłem z kubek z herbatą z biurka, pociągnąłem spory łyk płynu i odłożyłem kubek na biurko. Tak po mnie spłynęła fabuła Infinite. Ech, a tyle mi ta gra naobiecywała (i znajomi, i recenzje, i internauci)...
Piszesz, że Levine ambitnie podszedł do sprawy. Sam nie wiem. Może to porwanie się z motyką na słońce, a może grafomaństwo i pretensjonalność najgorszego sortu. Na tę chwilę skłaniam się ku tej mniej idealistycznej i bardziej wyrachowanej wersji.
Ta gra to 10/10 i arcydzieło do momentu nieudanego rzutu piłką (szczyt osiąga w momencie wejścia do Columbii [to Bajoszoki zawsze robiły doskonale - prezentowały ogrom i piękno miasta]). Później wchodzi raczej nudny, uproszczony gameplay z głupimi decyzjami designerskimi i chyba największy bełkot świata na poziomie scenariusza (może z czasem się zdystansuję i wymóżdżę bardziej stonowane stwierdzenie). Swoją drogą ironicznym jest (w pejoratywnym znaczeniu), jak nieistotne są wszystkie "decyzje" stawiane przed graczem w kontekście całego tego gromkopierdnego pieprzenia o wyborach i ich konsekwencjach.
1 > 2 >>> Infinite. W skali 10-cio stopniowej wygląda to tak: mocna 9, solidna 9 i słaba 7. Czas na Burial at Sea. Tym razem przezornie nie stawiam oczekiwań.
Możesz rozwinąć to -> "Zresztą nawet jak komuś nie pasują te międzywymiarowe kombinacje, to rzecz działa na kilku innych poziomach i ma parę świetnych protagonistów." Wielopoziomowość widzę w jedynce (z tego też powodu uważam, że jej fabuła to arcydzieło), ale tutaj?
18-02-2017, 21:42





