Nie, nie. Nie zgodzę się, Mierzwiaku.
To znaczy, dobra, nie znam się, możesz mieć trochę racji, ale dotąd byłem przekonany, że rasa czy w ogóle przynależność etniczna danej postaci nie ma ABSOLUTNIE ŻADNEGO znaczenia, żeby się z nią identyfikować czy sympatyzować.
Moim idolem w dzieciństwie był Jackie Chan i uwielbiałem oglądać z nim filmy, bo
1. wyprawiał tam niesamowite rzeczy w scenach naparzanek
2. robił wrażenie nadzwyczaj sympatycznego gostka
3. zawsze mogłem liczyć, że przez ekran przewiną się jakieś fajne Chinki, a już za dzieciaka jakoś skośnookie panny podobały mi się bardziej niż białe
Tak więc zawsze sympatyzowałem z bohaterami Chana i w niczym nie przeszkadzało to, że ja sam... no, jeżeli mam cokolwiek w sobie azjatyckiego, to chyba tylko wzrost :/
Za jeszcze wcześniejszego dzieciństwa najbardziej lubiłem oglądać "Aladyna" - tak pełnometrażówkę jak i serial. I nie musiałem do tego być Arabem.
A w jeszcze wcześniejszym dzieciństwie moim ulubionym bohaterem był Rafael z "Żółwi ninja", mimo że sam nigdy nie byłem zielony.
Uwielbiałem też "Mulan" i to był pierwszy film, na który poszedłem dwa razy, choć tu przecież nie tylko rasa (żadnego białego bohatera w całym filmie, o ja cię!) ale i płeć bohaterki powinny sprawić, że mi to nie podejdzie.
A w "Robin Hoodzie" jak byłem mały, to wolałem Freemana od Costnera. Oczywiście wtedy jeszcze nie był to dla mnie Morgan Freeman tylko "ten Murzyn". I w "Zabójczej broni", wstyd się przyznać, też początkowo wolałem "tego Murzyna" jako postać. Cóż, jako dzieciak chyba nie umiałem docenić ekranowej charyzmy Gibsona (nie no, tak naprawdę chodziło raczej o to, że Roger dostawał co chwilę wycisk od scenarzystów, więc wydawał mi się bliższy, bardziej ludzki, czy coś w tym stylu).
Więc zawsze mi się wydawało, że ludzie, a dzieci w szczególności, nie zwracają na takie rzeczy w ogóle uwagi. Przecież jak chłopaki przed erą komputerów ganiali po dworze, bawiąc się w Indian, to też im nie przeszkadzało, że rasa nie ta.
To znaczy, dobra, nie znam się, możesz mieć trochę racji, ale dotąd byłem przekonany, że rasa czy w ogóle przynależność etniczna danej postaci nie ma ABSOLUTNIE ŻADNEGO znaczenia, żeby się z nią identyfikować czy sympatyzować.
Moim idolem w dzieciństwie był Jackie Chan i uwielbiałem oglądać z nim filmy, bo
1. wyprawiał tam niesamowite rzeczy w scenach naparzanek
2. robił wrażenie nadzwyczaj sympatycznego gostka
3. zawsze mogłem liczyć, że przez ekran przewiną się jakieś fajne Chinki, a już za dzieciaka jakoś skośnookie panny podobały mi się bardziej niż białe
Tak więc zawsze sympatyzowałem z bohaterami Chana i w niczym nie przeszkadzało to, że ja sam... no, jeżeli mam cokolwiek w sobie azjatyckiego, to chyba tylko wzrost :/
Za jeszcze wcześniejszego dzieciństwa najbardziej lubiłem oglądać "Aladyna" - tak pełnometrażówkę jak i serial. I nie musiałem do tego być Arabem.
A w jeszcze wcześniejszym dzieciństwie moim ulubionym bohaterem był Rafael z "Żółwi ninja", mimo że sam nigdy nie byłem zielony.
Uwielbiałem też "Mulan" i to był pierwszy film, na który poszedłem dwa razy, choć tu przecież nie tylko rasa (żadnego białego bohatera w całym filmie, o ja cię!) ale i płeć bohaterki powinny sprawić, że mi to nie podejdzie.
A w "Robin Hoodzie" jak byłem mały, to wolałem Freemana od Costnera. Oczywiście wtedy jeszcze nie był to dla mnie Morgan Freeman tylko "ten Murzyn". I w "Zabójczej broni", wstyd się przyznać, też początkowo wolałem "tego Murzyna" jako postać. Cóż, jako dzieciak chyba nie umiałem docenić ekranowej charyzmy Gibsona (nie no, tak naprawdę chodziło raczej o to, że Roger dostawał co chwilę wycisk od scenarzystów, więc wydawał mi się bliższy, bardziej ludzki, czy coś w tym stylu).
Więc zawsze mi się wydawało, że ludzie, a dzieci w szczególności, nie zwracają na takie rzeczy w ogóle uwagi. Przecież jak chłopaki przed erą komputerów ganiali po dworze, bawiąc się w Indian, to też im nie przeszkadzało, że rasa nie ta.
13-03-2017, 18:01 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-03-2017, 18:05 przez al_jarid.)






