No dobra to jedziemy. Będzie długo, chaotycznie, subiektywnie i megaspoilerowo.
Oryginał jest dla mnie jednym z tych naprawdę i bez krztyny przesady, filmów kultowych. Nie sądzę, żeby do mojej śmierci wypadł ze ścisłego top 10. Nie nastawiałem się więc że sequel go pobije ani, że mu dorówna. To z góry było skazane na porażkę. I tak się rzecz jasna stało :D
Nie jest to taka porażka gdy wychodziłem z „Prometeusza”, kiedy było tylko uczucie zażenowania i niesmaku. Ale sukcesem tego nazwać też nie można. Raczej niedosyt, że się nie udało, choć przecież przy takim nastawieniu do oryginału udać nie mogło.
Zacznijmy od warstwy technicznej. Deakins powinien otrzymać za to Oscara. Większość filmu wygląda obłędnie i są po prostu hektary kadrów, które można oglądać dla samej przyjemności. Albo oprawić w ramki i powiesić na ścianie. Faktycznie natomiast jak pisał Bzyku widać różnicę między miastem i terenem. Nie żeby to była olbrzymia różnica, ale jednak klimat trochę ulatuje poza Los Angeles. Mimo wszystko wizualnie i scenograficznie to uczta dla oczu.
No dla uszu już niekoniecznie. Dla mnie film to obraz i muzyka stanowi rolę podrzędną. Oryginał to jeden z tych nielicznych przypadków dla mnie, że bez muzyki ciężko sobie ten film po prostu wyobrazić. Tutaj jest to dziwne. Nie wiem w końcu kto odpowiada za muzykę w tym filmie, ale to bez znaczenia. Niby była dobra i klimatyczna, jak najbardziej pasująca do obrazu i stylu, ale cały czas to było na zasadzie – nie kopiujemy Vangelisa, ale pamiętajcie, że w oryginale to był Vangelis, więc to nasze i oryginalne, ale hej, Vangelisa to Ty pamiętaj. Dziwne uczucie. No nie przeszkadzało, ale jakieś takie uczucie deja vu. I tak źle i tak niedobrze.
Aktorsko jest całkiem przyzwoicie. Nie ma tu żadnych szaleństw. Gosling (którego raczej irracjonalnie nie lubię) daje radę. Gra androida, więc ma ułatwione zadanie, ale jest bardzo ok. Ford też jest dobry. Leto jak był irytujący i manieryczny w trailerach jest taki sam w filmie. Nie wiem na ile to jego wina, ale w większości to wina scenariusza. Po prostu mówi bardzo pretensjonalne teksty. Z drugiej strony nie czarujmy się. Monolog umierającego Batty`ego też jest pretensjonalny. A mimo to to jest absolutnie genialny i zasłużenie przeszedł do historii kina. Najwyraźniej Hauer jest o wiele lepszym aktorem od Leto :D
Role Bautisty czy Robin Wright są poprawne, ale niewielkie. Ot dobre rzemiosło.
Najlepsza w całej obsadzie była zdecydowanie Ana de Armas. Miała chyba najtrudniejszą rolę bo grała hologram. Wyszło jej to świetnie, zresztą to był najlepszy wątek tego filmu, o czym później.
No właśnie. Fabuła. Dla mnie sytuacja jest prosta. Absolutną podstawą każdego filmu jest historia. Musi być ciekawa i sensowna na czym większość współczesnych filmów się wykłada. Ten niestety też się wyłożył.
W skrócie. Korporacja Tyrella zbankrutowała, zakazano produkcji androidów, ale resztki wykupił Jared Leto i produkuje nowe, doskonalsze i niezawodne androidy. Jego ambicją jest produkcja rozmnażających się androidów. W tym samym czasie Oficer Gosling prowadzi śledztwo, podczas którego okazuje się, że taki rodzący android już był i urodził. Tak, Deckard i Rachel doczekali się potomstwa. Trzeba więc odszukać Deckarda, żeby przez niego dotrzeć do dziecka które ma mieć specjalne zdolności. Jest kilka stron. Gosling podejrzewając, że to on jest tym dzieckiem szuka Deckarda. Tak samo szuka go Leto, poprzez swoją bezlitosną androidzicę, żeby z Deckarda wydobyć informacje. Po drodze jeszcze okazuje się, że istnieje Ruch Oporu Androidów, który chce dziecko uchronić i wykorzystać jako symbol w swojej rewolucji przeciwko ludziom, a pani porucznik (Wright) chce śmierci dziecka, bo słusznie uważa, że taka rewelacja skończy się dla ludzkości katastrofą.
Bo ja wiem? Pierwszy film miał scenariusz cechujący się szlachetną prostotą. Tutaj jak widać musi być tajemnica zagrażająca całej ludzkości, twisty i zaskoczenia. Nie ma w tym nic złego pod warunkiem, że twórcy potrafią to sensownie opowiedzieć. I chyba nie do końca wiedzieli co robią.
Już sam koncept androidów posiadających potomstwo jest dla mnie dziwny, ale kupiłem go. Być może Tyrell skonstruował Rachel właśnie w taki sposób? Potem po bliżej nieokreślonym kataklizmie większość danych zaginęła i Leto nie potrafi sobie z tym problemem poradzić więc chce dopaść Deckarda i jego dziecko.
Tutaj pierwszy zgrzyt. Mamy pod koniec filmu rozmowę Deckarda I Leto, gdzie ten ostatni mówi mu, że był specjalnie skonstruowany i zaprogramowany, żeby się w Rachel zakochać. Nie lubię takiego ingerowania w dawne historie przez nowe filmy. To płaskie i banalne pójście po najmniejszej linii oporu. No ale ok.
Co mamy dalej. Twisty i zaskoczenia. Przez większość filmu Gosling myśli, że to on jest tym dzieckiem. Ponieważ jest to bardzo mocno eksponowane, to bez większego trudu można się domyślić, że rzeczywistość była inna i to wcale nie jest on. Tak się rzecz jasna dzieje. Nie jest to jakaś wielka słabość scenariusza. Poszlaki były mocne, oglądamy historię z jego perspektywy więc czemu nie? No ale mogli się tutaj trochę bardziej wysilić.
Najgorszą rzecz mamy w drugiej części filmu. Otóż Ruch Oporu podczepia pluskwę Goslingowi, więc wiedzą gdzie jest. Korporacja Leto też go namierza. Gosling znajduje Forda, gadają sobie itp. I pojawiają się siły Korporacji pod dowództwem złej androidzicy. Deckard i Oficer K dostają łomot i Deckard zostaje zabrany do Leto. Gdzie był Ruch Oporu skoro wiedzieli gdzie jest Gosling? Czemu złe androidy zostawiają przy życiu Goslinga? Albo czemu nie zabierają go ze sobą? Naprawdę może coś przeoczyłem, przespałem (choć nie spałem), nie wiem.
Potem Ruch Oporu odnajduje Goslinga, mówią mu, że trzeba Deckarda zabić by chronić dziecko, Gosling dopada złą androidzicę przewożącą Deckarda, po walce zabija pomagierów i ją, uwalnia Deckarda i zabiera go do jego córki. Koniec.
Noż kurde. Nikt tego nie przeczytał po napisaniu? I nie zadał sobie kilku pytań – po co, dlaczego jak?
Przecież to rozwala całą historię na łopatki. To zagranie – Gosling powinien być trupem/więźniem, ale musi uratować Deckarda więc zostawmy go w spokoju. No mój Boże…
Ale znajdźmy też jakieś plusy. Tym plusem jest bez wątpienia Ana de Armas i cały jej wątek. Otóż Gosling ma w swoim mieszkaniu „Joy”, czyli taki właśnie inteligentny hologram grany przez Armas. Miłość androida i hologramu? Brzmi idiotycznie, ale wypada świetnie. Armas jest kapitalna w tej roli i naprawdę czuć tu chemię. Sceny jak może w końcu wyjść z mieszkania (bo Gosling kupił jakiś „dinks” dzięki któremu może opuścić dom) i na dachu ogląda deszcz są magiczne. Jest też naprawdę dziwaczna, ale też kapitalna scena seksu (w domyśle, bo na szczęście nie pokazana). Do Goslinga przychodzi prostytutka (agentka Ruchu Oporu) i Joy wchodzi niejako w nią i się do niej dostraja, żeby móc się bzyknąć z Goslingiem. Dla mnie magia.
Pora kończyć bo i tak wyszło długo i chaotycznie.
Baj de łej. Można było uniknąć kilku tandetnych zabiegów. Czemu Leto nie ma oczu (już chyba byłą tutaj o tym dyskusja)? W końcu jest szefem olbrzymiej korporacji robiącej cuda wianki. Otóż ma oczy. Ma latające kamerki które mu wszystko pokazują. Podpina je sobie jak chce popatrzeć. Czemu nie syntetyczne oczy? No chyba, żeby było bardziej dziwnie i niesamowicie. No jest, ale jest przede wszystkim słabo.
Trudno wystawić jakąś punktację. Film ma wiele wad, ale też doceniam próbę podejścia do tematu, która dla mnie, musiała się skończyć porażką.
Jakby mnie ktoś zmusił do wystawy oceny to między 4/10 a 7/10. Nie potrafię niestety tego zrobić :D
Pieniędzy nie żałuję. Może nawet zafunduję sobie powtórkę?
Nie jest to taka porażka gdy wychodziłem z „Prometeusza”, kiedy było tylko uczucie zażenowania i niesmaku. Ale sukcesem tego nazwać też nie można. Raczej niedosyt, że się nie udało, choć przecież przy takim nastawieniu do oryginału udać nie mogło.
Zacznijmy od warstwy technicznej. Deakins powinien otrzymać za to Oscara. Większość filmu wygląda obłędnie i są po prostu hektary kadrów, które można oglądać dla samej przyjemności. Albo oprawić w ramki i powiesić na ścianie. Faktycznie natomiast jak pisał Bzyku widać różnicę między miastem i terenem. Nie żeby to była olbrzymia różnica, ale jednak klimat trochę ulatuje poza Los Angeles. Mimo wszystko wizualnie i scenograficznie to uczta dla oczu.
No dla uszu już niekoniecznie. Dla mnie film to obraz i muzyka stanowi rolę podrzędną. Oryginał to jeden z tych nielicznych przypadków dla mnie, że bez muzyki ciężko sobie ten film po prostu wyobrazić. Tutaj jest to dziwne. Nie wiem w końcu kto odpowiada za muzykę w tym filmie, ale to bez znaczenia. Niby była dobra i klimatyczna, jak najbardziej pasująca do obrazu i stylu, ale cały czas to było na zasadzie – nie kopiujemy Vangelisa, ale pamiętajcie, że w oryginale to był Vangelis, więc to nasze i oryginalne, ale hej, Vangelisa to Ty pamiętaj. Dziwne uczucie. No nie przeszkadzało, ale jakieś takie uczucie deja vu. I tak źle i tak niedobrze.
Aktorsko jest całkiem przyzwoicie. Nie ma tu żadnych szaleństw. Gosling (którego raczej irracjonalnie nie lubię) daje radę. Gra androida, więc ma ułatwione zadanie, ale jest bardzo ok. Ford też jest dobry. Leto jak był irytujący i manieryczny w trailerach jest taki sam w filmie. Nie wiem na ile to jego wina, ale w większości to wina scenariusza. Po prostu mówi bardzo pretensjonalne teksty. Z drugiej strony nie czarujmy się. Monolog umierającego Batty`ego też jest pretensjonalny. A mimo to to jest absolutnie genialny i zasłużenie przeszedł do historii kina. Najwyraźniej Hauer jest o wiele lepszym aktorem od Leto :D
Role Bautisty czy Robin Wright są poprawne, ale niewielkie. Ot dobre rzemiosło.
Najlepsza w całej obsadzie była zdecydowanie Ana de Armas. Miała chyba najtrudniejszą rolę bo grała hologram. Wyszło jej to świetnie, zresztą to był najlepszy wątek tego filmu, o czym później.
No właśnie. Fabuła. Dla mnie sytuacja jest prosta. Absolutną podstawą każdego filmu jest historia. Musi być ciekawa i sensowna na czym większość współczesnych filmów się wykłada. Ten niestety też się wyłożył.
W skrócie. Korporacja Tyrella zbankrutowała, zakazano produkcji androidów, ale resztki wykupił Jared Leto i produkuje nowe, doskonalsze i niezawodne androidy. Jego ambicją jest produkcja rozmnażających się androidów. W tym samym czasie Oficer Gosling prowadzi śledztwo, podczas którego okazuje się, że taki rodzący android już był i urodził. Tak, Deckard i Rachel doczekali się potomstwa. Trzeba więc odszukać Deckarda, żeby przez niego dotrzeć do dziecka które ma mieć specjalne zdolności. Jest kilka stron. Gosling podejrzewając, że to on jest tym dzieckiem szuka Deckarda. Tak samo szuka go Leto, poprzez swoją bezlitosną androidzicę, żeby z Deckarda wydobyć informacje. Po drodze jeszcze okazuje się, że istnieje Ruch Oporu Androidów, który chce dziecko uchronić i wykorzystać jako symbol w swojej rewolucji przeciwko ludziom, a pani porucznik (Wright) chce śmierci dziecka, bo słusznie uważa, że taka rewelacja skończy się dla ludzkości katastrofą.
Bo ja wiem? Pierwszy film miał scenariusz cechujący się szlachetną prostotą. Tutaj jak widać musi być tajemnica zagrażająca całej ludzkości, twisty i zaskoczenia. Nie ma w tym nic złego pod warunkiem, że twórcy potrafią to sensownie opowiedzieć. I chyba nie do końca wiedzieli co robią.
Już sam koncept androidów posiadających potomstwo jest dla mnie dziwny, ale kupiłem go. Być może Tyrell skonstruował Rachel właśnie w taki sposób? Potem po bliżej nieokreślonym kataklizmie większość danych zaginęła i Leto nie potrafi sobie z tym problemem poradzić więc chce dopaść Deckarda i jego dziecko.
Tutaj pierwszy zgrzyt. Mamy pod koniec filmu rozmowę Deckarda I Leto, gdzie ten ostatni mówi mu, że był specjalnie skonstruowany i zaprogramowany, żeby się w Rachel zakochać. Nie lubię takiego ingerowania w dawne historie przez nowe filmy. To płaskie i banalne pójście po najmniejszej linii oporu. No ale ok.
Co mamy dalej. Twisty i zaskoczenia. Przez większość filmu Gosling myśli, że to on jest tym dzieckiem. Ponieważ jest to bardzo mocno eksponowane, to bez większego trudu można się domyślić, że rzeczywistość była inna i to wcale nie jest on. Tak się rzecz jasna dzieje. Nie jest to jakaś wielka słabość scenariusza. Poszlaki były mocne, oglądamy historię z jego perspektywy więc czemu nie? No ale mogli się tutaj trochę bardziej wysilić.
Najgorszą rzecz mamy w drugiej części filmu. Otóż Ruch Oporu podczepia pluskwę Goslingowi, więc wiedzą gdzie jest. Korporacja Leto też go namierza. Gosling znajduje Forda, gadają sobie itp. I pojawiają się siły Korporacji pod dowództwem złej androidzicy. Deckard i Oficer K dostają łomot i Deckard zostaje zabrany do Leto. Gdzie był Ruch Oporu skoro wiedzieli gdzie jest Gosling? Czemu złe androidy zostawiają przy życiu Goslinga? Albo czemu nie zabierają go ze sobą? Naprawdę może coś przeoczyłem, przespałem (choć nie spałem), nie wiem.
Potem Ruch Oporu odnajduje Goslinga, mówią mu, że trzeba Deckarda zabić by chronić dziecko, Gosling dopada złą androidzicę przewożącą Deckarda, po walce zabija pomagierów i ją, uwalnia Deckarda i zabiera go do jego córki. Koniec.
Noż kurde. Nikt tego nie przeczytał po napisaniu? I nie zadał sobie kilku pytań – po co, dlaczego jak?
Przecież to rozwala całą historię na łopatki. To zagranie – Gosling powinien być trupem/więźniem, ale musi uratować Deckarda więc zostawmy go w spokoju. No mój Boże…
Ale znajdźmy też jakieś plusy. Tym plusem jest bez wątpienia Ana de Armas i cały jej wątek. Otóż Gosling ma w swoim mieszkaniu „Joy”, czyli taki właśnie inteligentny hologram grany przez Armas. Miłość androida i hologramu? Brzmi idiotycznie, ale wypada świetnie. Armas jest kapitalna w tej roli i naprawdę czuć tu chemię. Sceny jak może w końcu wyjść z mieszkania (bo Gosling kupił jakiś „dinks” dzięki któremu może opuścić dom) i na dachu ogląda deszcz są magiczne. Jest też naprawdę dziwaczna, ale też kapitalna scena seksu (w domyśle, bo na szczęście nie pokazana). Do Goslinga przychodzi prostytutka (agentka Ruchu Oporu) i Joy wchodzi niejako w nią i się do niej dostraja, żeby móc się bzyknąć z Goslingiem. Dla mnie magia.
Pora kończyć bo i tak wyszło długo i chaotycznie.
Baj de łej. Można było uniknąć kilku tandetnych zabiegów. Czemu Leto nie ma oczu (już chyba byłą tutaj o tym dyskusja)? W końcu jest szefem olbrzymiej korporacji robiącej cuda wianki. Otóż ma oczy. Ma latające kamerki które mu wszystko pokazują. Podpina je sobie jak chce popatrzeć. Czemu nie syntetyczne oczy? No chyba, żeby było bardziej dziwnie i niesamowicie. No jest, ale jest przede wszystkim słabo.
Trudno wystawić jakąś punktację. Film ma wiele wad, ale też doceniam próbę podejścia do tematu, która dla mnie, musiała się skończyć porażką.
Jakby mnie ktoś zmusił do wystawy oceny to między 4/10 a 7/10. Nie potrafię niestety tego zrobić :D
Pieniędzy nie żałuję. Może nawet zafunduję sobie powtórkę?
(06-10-2017, 11:22)Doppelganger napisał(a): Taką kwestię nie powinno się pokazywać na 40 minut przed końcem, ale albo na końcu albo nie wyjawiać tego wcale, zostawiając pole do interpretacji dla fanów.Otóż to.
Już sama reakcja tej dziewczyny "w klatce" była wystarczająca. Niestety łopatologia wygrała.
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
06-10-2017, 11:48 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-10-2017, 11:52 przez Dr Strangelove.)
Spoiler




