Scena zabicia nowego replikanta choćby.
Nie no, spać nie mogę. Rzadko zdarza się żeby film siedział mi tak mocno w głowie.
Oryginał dla mnie osobiście nie jest arcydziełem, ma trochę zbyt wolny klimat i wykłada wszystkie karty na stół w zasadzie od razu, a i ostatnie wywiady RS w których jak mantra powtarza, że Deckard jest replikantem odzierają go nieco z całej aury tajemniczości. Nie mniej muzyka, setting tego świata, tematyka i aktorstwo sprawiają, że jest to instant kult, chociaż zdecydowanie nie dla każdego.
Sequel jest przede wszystkim lepszy fabularnie. Ciekawszy, zadaje istotne pytania - ale w duchu poprzenika - i mimo, że ociera się przez chwilę (zwłaszcza w końcówce) o sztampę wychodzi z tego obronną ręką. Oprócz osi głównej, czyli śledztwa Joe, najbardziej podobała mi się jego relacja z Joi. Zresztą mam nowy ideał - Ana de Armas.
Gosling gra oszczędnie, czyli jak w 90% swoich filmów, ale tutaj pasuje to wyjątkowo dobrze. Zresztą kiedy trzeba potrafi uwolnić emocje. Ford zalicza najlepszy powrót od lat, ale i tak wszystko kradnie Sylvia Hoeks jako Luv. Nie do końca wiem co siedzi tej bohaterce w głowie, bo niby z jednej strony bezduszna marionetka, ale z drugiej, jest kilka scen w których wydaje się, że siedzi w niej coś więcej. Leto, nie wiem, chyba jednak trochę niewykorzystany. Cała ta otoczka w około jego postaci sprawia, że chce się zobaczyć jakiegoś ciekawego antagonistę, a w gruncie rzeczy dostajemy zblazowanego bogacza, przekonanego o swojej wielkości.
Wizualnie petarda! Kompozycja ujęć, kolory - Deakins to mistrz, uwielbiam to w jaki sposób potrafi bawić się światłem i to co z tego wyciąga. Masa scen perełek - wysypisko, scena na dachu z Joi, przybycie Joe do Las Vegas czy ostatnia scena na schodach, to wszystko wwierca się w głowę i nie potrafi odejść. Villeneuve konsekwentnie rozbudowuje świat, który stworzył Scott, chociaż mam wrażenie, że trochę zabrakło brudu, który w oryginale nadawał miastu realizmu. Chciałbym zobaczyć latające po mieście gazety, grafiti na ścianach i parę buchającą z kratek ściekowych :)
To co natomiast mocno rzuciło mi się w oczy, to, że film nie korzysta z pierdyliarda kolorowych hologramów, a reżyser nie zachłysną się technologią i nie wstawił nam ludzi stukających w powietrze. Nadal korzystamy z monitorów, wszystko jest przyziemne, zakurzone, znoszone. Świetna sprawa.
Muzycznie niestety tak sobie i to głównie dlatego nie ma pełnej dychy. Muzyka Vangelisa idealnie dopełniała oryginał, nadawała mu nieco oniryzmu i sprawiała, że nawet ten brudny świat miał w sobie coś poetyckiego. Tutaj dostajemy w zasadzie odrzuty z Incepcji czy Interstellara. Dopiero kiedy w ostatniej scenie słyszymy znajomy motyw wszystko wraca na właściwe tory.
Podsumowując, bo prochu i tak nie wymyślę - uważałem, że sequel będzie absolutnie zbędny, ale bardzo dobrze rozwija świat i zagadnienia z oryginału, robiąc to na swój sposób. Nie zrzyna, nie kopiuje na siłę. Snuje własną opowieść, ale wszystko w duchu filmu z 1982. Wizualnie, najlepsze co moje oczy widziały od bardzo dawna. Gdyby tylko muzyka była lepsza dałbym 10/10, a tak
9/10 i film roku.
Nie no, spać nie mogę. Rzadko zdarza się żeby film siedział mi tak mocno w głowie.
Oryginał dla mnie osobiście nie jest arcydziełem, ma trochę zbyt wolny klimat i wykłada wszystkie karty na stół w zasadzie od razu, a i ostatnie wywiady RS w których jak mantra powtarza, że Deckard jest replikantem odzierają go nieco z całej aury tajemniczości. Nie mniej muzyka, setting tego świata, tematyka i aktorstwo sprawiają, że jest to instant kult, chociaż zdecydowanie nie dla każdego.
Sequel jest przede wszystkim lepszy fabularnie. Ciekawszy, zadaje istotne pytania - ale w duchu poprzenika - i mimo, że ociera się przez chwilę (zwłaszcza w końcówce) o sztampę wychodzi z tego obronną ręką. Oprócz osi głównej, czyli śledztwa Joe, najbardziej podobała mi się jego relacja z Joi. Zresztą mam nowy ideał - Ana de Armas.
Gosling gra oszczędnie, czyli jak w 90% swoich filmów, ale tutaj pasuje to wyjątkowo dobrze. Zresztą kiedy trzeba potrafi uwolnić emocje. Ford zalicza najlepszy powrót od lat, ale i tak wszystko kradnie Sylvia Hoeks jako Luv. Nie do końca wiem co siedzi tej bohaterce w głowie, bo niby z jednej strony bezduszna marionetka, ale z drugiej, jest kilka scen w których wydaje się, że siedzi w niej coś więcej. Leto, nie wiem, chyba jednak trochę niewykorzystany. Cała ta otoczka w około jego postaci sprawia, że chce się zobaczyć jakiegoś ciekawego antagonistę, a w gruncie rzeczy dostajemy zblazowanego bogacza, przekonanego o swojej wielkości.
Wizualnie petarda! Kompozycja ujęć, kolory - Deakins to mistrz, uwielbiam to w jaki sposób potrafi bawić się światłem i to co z tego wyciąga. Masa scen perełek - wysypisko, scena na dachu z Joi, przybycie Joe do Las Vegas czy ostatnia scena na schodach, to wszystko wwierca się w głowę i nie potrafi odejść. Villeneuve konsekwentnie rozbudowuje świat, który stworzył Scott, chociaż mam wrażenie, że trochę zabrakło brudu, który w oryginale nadawał miastu realizmu. Chciałbym zobaczyć latające po mieście gazety, grafiti na ścianach i parę buchającą z kratek ściekowych :)
To co natomiast mocno rzuciło mi się w oczy, to, że film nie korzysta z pierdyliarda kolorowych hologramów, a reżyser nie zachłysną się technologią i nie wstawił nam ludzi stukających w powietrze. Nadal korzystamy z monitorów, wszystko jest przyziemne, zakurzone, znoszone. Świetna sprawa.
Muzycznie niestety tak sobie i to głównie dlatego nie ma pełnej dychy. Muzyka Vangelisa idealnie dopełniała oryginał, nadawała mu nieco oniryzmu i sprawiała, że nawet ten brudny świat miał w sobie coś poetyckiego. Tutaj dostajemy w zasadzie odrzuty z Incepcji czy Interstellara. Dopiero kiedy w ostatniej scenie słyszymy znajomy motyw wszystko wraca na właściwe tory.
Podsumowując, bo prochu i tak nie wymyślę - uważałem, że sequel będzie absolutnie zbędny, ale bardzo dobrze rozwija świat i zagadnienia z oryginału, robiąc to na swój sposób. Nie zrzyna, nie kopiuje na siłę. Snuje własną opowieść, ale wszystko w duchu filmu z 1982. Wizualnie, najlepsze co moje oczy widziały od bardzo dawna. Gdyby tylko muzyka była lepsza dałbym 10/10, a tak
9/10 i film roku.
18-10-2017, 23:03





