Happy End - Haneke pięknie podkłada się haterom. Wszystkie typowe zarzuty w stosunku do jego filmów, na które często przymykałem oko tutaj nie są równoważone przez żadne inne zalety. Nudna, pretensjonalna historia o francuskiej wyższej (?) klasie średniej, bez choćby jednej zapadającej w pamięć sceny, z co najwyżej poprawnym aktorstwem, antypatycznymi postaciami i randomową fabułą. Plus zupełnie niepotrzebne "zabawy" formalne mające chyba uwiarygodnić komentarz dotyczący social mediów i młodzieży a tylko obnażające jak bardzo Haneke ich nie rozumie. 3/10
I, Tonya - historia na faktach jest tylko pretekstem, co ogólnie wychodzi filmowi na dobre, bo sama w sobie nie jest jakoś specjalnie ciekawa, gdyby nie kulminacyjne wydarzenia, byłaby to materiał co najwyżej na typowy sportowy biopic. Można to było ewentualnie pociągnąć bardziej w stronę kontrastu między oczekiwaniami środowiska a aspiracjami niepasującej do niego wyszczekanej outisderki, ale ostatecznie najwięcej tu często czarnej komedii, bardzo sprawnie zrealizowanej (co właśnie najbardziej przykrywa drobne słabości fabuły), błyskotliwie napisanej i zagranej. 7/10
Molly's Game - debiut reżyserski Sorkina, którego największym atutem jest scenariusz Sorkina, który nawet jeśli nie najlepszy w jego karierze oferuje tonę błyskotliwych dialogów i nawet jeśli nie jest niczym nowym w jego karierze to skutecznie utrzymuje zainteresowanie, znowu, dosyć prostą historią z niespecjalnie rozbudowaną charakterystyką postaci. Swoją drogą najsłabsze momenty to te, w których błyskotliwe pojedynki słowne ustępują miejsca próbom uderzenia w poważniejsze tony a wtedy bywa niepotrzebnie rzewnie i tandetnie. Chestain gorsza niż Robbie w I, Tonya, ale tu też sporo zabawy i niewiele nudy. Ale zdecydowanie bardziej czekam na kolejne scenariusze Sorkina niż kolejne jego filmy. 7/10
Wonderstruck - nie podzielałem zachwytów nad poprzednim filmem Haynesa, nawet chyba nie widziałem zwiastuna, tylko kojarzyłem, że recenzje ma takie sobie i gdzieś tam rzuciło mi się w oczy krótkie streszczenie, więc cudów nie oczekiwałem. Trudno powiedzieć dla kogo to film, bo dla rówieśników głównych bohaterów będzie chyba zbyt trudny w odbiorze a dla dorosłych historia jest jednak zbyt ckliwa. Takie kino familijne ubrane w artystyczną formę. Akcja w latach 20., nakręcona w czerni i bieli w formie filmu niemego jest nie tylko przeraźliwie nudna, ale też psuje dobre momenty w części dziejącej się w latach 70. Z kolei sceny w latach 70., które na szczęście stanowią główny wątek zaskakują całkiem fajnymi filmowymi momentami - mam tu na myśli formę, zaskakujące połączenie jak zwykle świetnych u Haynesa zdjęć i scenografii z czasami dosyć sztampową, ale często bardzo nieoczywistą muzyką. Dzięki właśnie dobremu warsztatowi i artystowskiemu zacięciu reżysera jest w filmie kilka momentów ocierających się delikatnie o magię kina, ale ogólnie słabo się to klei i trudno uznać Wonderstruck za film udany. Nie wiem na ile film uratowałoby wywalenie lub inne pokazanie wątku z lat 20., ale na pewno by nie zaszkodziło. 4/10
Killing of a Sacred Deer - tu za to niezła forma świetnie uzupełnia całkiem oryginalny pomysł na fabułę. Niemal idealny miks dziwnego klimatu i specyficznego czarnego humoru z niemal klasycznym thrillerem psychologicznym. Mocne 7/10, może słabe 8/10 i na pewno muszę nadrobić Lobstera.
A Bigger Splash - tu z kolei najlepsza jest reżyseria. Pewna, nieprzekombinowana, ale wyraźnie autorska z masą drobnych smaczków. Zabrakło może większych emocji pomiędzy bohaterami, ale za to aktorstwo niezłe. Trochę zgrzytało też uczynienie z tematu uchodźców ważnego elementu - nie lubię tak bezpośredniego odnoszenia się do "bieżącej polityki". Wiedziałem, że to reżyser I am Love, który był trochę przekombinowany, ale nie wiedziałem, że ten sam gość zrobił teraz Call Me by Your Name i jeśli ma to być najlepszy film tego reżysera to wskakuje na listę oczekiwanych premier. 7/10
Three Billboards Outside Ebbing, Missouri - no nie będę już nigdy fanem McDonagh, szczególnie w roli scenarzysty. Seven Psychopaths szczerze nienawidzę, Bilbordy są o wiele, wiele lepsze, przyznaję, że całkiem sporo się śmiałem i ogólnie seans udany, ale kilku rzeczy muszę się przyczepić. Wiem, że w komedii wiarygodna historia nie jest najważniejsza, ale jednak mocno trzeba zawiesić niewiarę, żeby przyjąć, że tytułowe trzy bilbordy mogłyby wywołać taką spiralę przemocy a nawet napięć. Poza tym, albo humor bywa tu nieznośnie czerstwy, albo mi wyjątkowo nie pasuje ten autor. Sorry, ale żarty polegające na tym, że policjant znęcający się nad czarnymi poprawia rozmówcę mówiąc, że działa w "people of color-torturing business" a nie "nigger-torturing business" są takie sobie. Szczególnie, jeśli ten policjant jest przerysowanym nadpobudliwym idiotą wykrzykującym 90% swoich kwestii. W ogóle trochę za dużo gagów polega tu na wykrzykiwaniu przekleństw. Solidne 6/10 z zastrzeżeniem, że to i tak pewnie przynajmniej dwa oczka więcej niż średnia z poprzednich filmów tego reżysera.
I, Tonya - historia na faktach jest tylko pretekstem, co ogólnie wychodzi filmowi na dobre, bo sama w sobie nie jest jakoś specjalnie ciekawa, gdyby nie kulminacyjne wydarzenia, byłaby to materiał co najwyżej na typowy sportowy biopic. Można to było ewentualnie pociągnąć bardziej w stronę kontrastu między oczekiwaniami środowiska a aspiracjami niepasującej do niego wyszczekanej outisderki, ale ostatecznie najwięcej tu często czarnej komedii, bardzo sprawnie zrealizowanej (co właśnie najbardziej przykrywa drobne słabości fabuły), błyskotliwie napisanej i zagranej. 7/10
Molly's Game - debiut reżyserski Sorkina, którego największym atutem jest scenariusz Sorkina, który nawet jeśli nie najlepszy w jego karierze oferuje tonę błyskotliwych dialogów i nawet jeśli nie jest niczym nowym w jego karierze to skutecznie utrzymuje zainteresowanie, znowu, dosyć prostą historią z niespecjalnie rozbudowaną charakterystyką postaci. Swoją drogą najsłabsze momenty to te, w których błyskotliwe pojedynki słowne ustępują miejsca próbom uderzenia w poważniejsze tony a wtedy bywa niepotrzebnie rzewnie i tandetnie. Chestain gorsza niż Robbie w I, Tonya, ale tu też sporo zabawy i niewiele nudy. Ale zdecydowanie bardziej czekam na kolejne scenariusze Sorkina niż kolejne jego filmy. 7/10
Wonderstruck - nie podzielałem zachwytów nad poprzednim filmem Haynesa, nawet chyba nie widziałem zwiastuna, tylko kojarzyłem, że recenzje ma takie sobie i gdzieś tam rzuciło mi się w oczy krótkie streszczenie, więc cudów nie oczekiwałem. Trudno powiedzieć dla kogo to film, bo dla rówieśników głównych bohaterów będzie chyba zbyt trudny w odbiorze a dla dorosłych historia jest jednak zbyt ckliwa. Takie kino familijne ubrane w artystyczną formę. Akcja w latach 20., nakręcona w czerni i bieli w formie filmu niemego jest nie tylko przeraźliwie nudna, ale też psuje dobre momenty w części dziejącej się w latach 70. Z kolei sceny w latach 70., które na szczęście stanowią główny wątek zaskakują całkiem fajnymi filmowymi momentami - mam tu na myśli formę, zaskakujące połączenie jak zwykle świetnych u Haynesa zdjęć i scenografii z czasami dosyć sztampową, ale często bardzo nieoczywistą muzyką. Dzięki właśnie dobremu warsztatowi i artystowskiemu zacięciu reżysera jest w filmie kilka momentów ocierających się delikatnie o magię kina, ale ogólnie słabo się to klei i trudno uznać Wonderstruck za film udany. Nie wiem na ile film uratowałoby wywalenie lub inne pokazanie wątku z lat 20., ale na pewno by nie zaszkodziło. 4/10
Killing of a Sacred Deer - tu za to niezła forma świetnie uzupełnia całkiem oryginalny pomysł na fabułę. Niemal idealny miks dziwnego klimatu i specyficznego czarnego humoru z niemal klasycznym thrillerem psychologicznym. Mocne 7/10, może słabe 8/10 i na pewno muszę nadrobić Lobstera.
A Bigger Splash - tu z kolei najlepsza jest reżyseria. Pewna, nieprzekombinowana, ale wyraźnie autorska z masą drobnych smaczków. Zabrakło może większych emocji pomiędzy bohaterami, ale za to aktorstwo niezłe. Trochę zgrzytało też uczynienie z tematu uchodźców ważnego elementu - nie lubię tak bezpośredniego odnoszenia się do "bieżącej polityki". Wiedziałem, że to reżyser I am Love, który był trochę przekombinowany, ale nie wiedziałem, że ten sam gość zrobił teraz Call Me by Your Name i jeśli ma to być najlepszy film tego reżysera to wskakuje na listę oczekiwanych premier. 7/10
Three Billboards Outside Ebbing, Missouri - no nie będę już nigdy fanem McDonagh, szczególnie w roli scenarzysty. Seven Psychopaths szczerze nienawidzę, Bilbordy są o wiele, wiele lepsze, przyznaję, że całkiem sporo się śmiałem i ogólnie seans udany, ale kilku rzeczy muszę się przyczepić. Wiem, że w komedii wiarygodna historia nie jest najważniejsza, ale jednak mocno trzeba zawiesić niewiarę, żeby przyjąć, że tytułowe trzy bilbordy mogłyby wywołać taką spiralę przemocy a nawet napięć. Poza tym, albo humor bywa tu nieznośnie czerstwy, albo mi wyjątkowo nie pasuje ten autor. Sorry, ale żarty polegające na tym, że policjant znęcający się nad czarnymi poprawia rozmówcę mówiąc, że działa w "people of color-torturing business" a nie "nigger-torturing business" są takie sobie. Szczególnie, jeśli ten policjant jest przerysowanym nadpobudliwym idiotą wykrzykującym 90% swoich kwestii. W ogóle trochę za dużo gagów polega tu na wykrzykiwaniu przekleństw. Solidne 6/10 z zastrzeżeniem, że to i tak pewnie przynajmniej dwa oczka więcej niż średnia z poprzednich filmów tego reżysera.
18-11-2017, 21:18 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-11-2017, 21:20 przez PropJoe.)





