Dla mnie kumpelska relacja Frank - Micro to najlepszy element serialu. Przyjemnie się na ogląda, kiedy gadają sobie o kanapkach. Ale scenariuszowo Punisher jest przeciętnym bohaterem, który funkcjonuje chyba jedynie dzięki charyzmie aktora. Kiedy twórcy chcą pogłębić jego portret, wskazać jego wątpliwości, itd. to wychodzi z tego groteska. W jednej chwili, Frank morduje dziesięciu bandziorów, a w kolejnej użala się nad jednym żołnierzem, który stoi mu na drodze. Niby jest tu logika, ale toporna i płytka. Punisher jest ofiarą narracyjnego schematu - to serial, a widz musi polubić protagonistę i czuć sympatię wobec niego. I dlatego chociaż krew leje się hektolitrami, to nie mam poczucia, że Frank robi coś złego, niewybaczalnego, że poświęca duszę na ołtarzu zemsty, że się w niej zatraca i ma z tym problem. Nie przekracza granicy. Ani dla siebie, ani dla innych. Niby wszyscy wiedzą o jego występkach, ale w sumie podchodzą do tego lajtowo. I taki też jest ten serial. Lajtowy.
W takim "Loganie", patrząc na Jackmana czułem ciążący ciężar jego win, widziałem zdewastowanego człowieka, który pewnych rzeczy już nie zmieni i do pewnego życia już nie powróci. A kiedy widzę Franka skąpanego we krwi, to mam wrażenie, że jak się umyje, to wszystko będzie ok. Owszem, rodzina nie żyje, ale kiedyś mógłby sobie założyć nową i żyć normalnie.
To jest taki serial, w którym pozornie śmiertelnie rany po wypadku samochodowym okazują się siniakiem, który nie przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu po kilku godzinach od incydentu a ciężkie postrzały oraz ciosy nożami znikają po dniu i człowiek znowu może biegać, obijając bandziorów po mordach. Jeden koleś dostaje kosą pod szyję, a zachowuje się jakby nic mu nie było. I jakoś przeżyję taką konwencję fizycznej nieśmiertelności, ale trudno mi zachwycać się bohaterem, którego tak mało rusza pod względem psychicznym. Niby to fundament tej opowieści, ale nie uwierzyłem w to.
W takim "Loganie", patrząc na Jackmana czułem ciążący ciężar jego win, widziałem zdewastowanego człowieka, który pewnych rzeczy już nie zmieni i do pewnego życia już nie powróci. A kiedy widzę Franka skąpanego we krwi, to mam wrażenie, że jak się umyje, to wszystko będzie ok. Owszem, rodzina nie żyje, ale kiedyś mógłby sobie założyć nową i żyć normalnie.
To jest taki serial, w którym pozornie śmiertelnie rany po wypadku samochodowym okazują się siniakiem, który nie przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu po kilku godzinach od incydentu a ciężkie postrzały oraz ciosy nożami znikają po dniu i człowiek znowu może biegać, obijając bandziorów po mordach. Jeden koleś dostaje kosą pod szyję, a zachowuje się jakby nic mu nie było. I jakoś przeżyję taką konwencję fizycznej nieśmiertelności, ale trudno mi zachwycać się bohaterem, którego tak mało rusza pod względem psychicznym. Niby to fundament tej opowieści, ale nie uwierzyłem w to.
22-11-2017, 11:23
Spoiler




