@patyczak
RISES rzeczywiście był "jakiś" na tle większości filmów trykociarskich, momentami nawet "jakiś" w całkiem pozytywnym sensie, ale nie przypisywałbym tego do jakiejś wizji czy mega pomysłowości Nolana, która była niby tak wielka i rwąca w szwach, że film nie podołał jego ambicji. Dla mnie zarówno sam Rises, jak i wszystkie zakulisowe sygnały odnośnie jego powstawania, malują obraz filmu, który nie powstawał dlatego, że twórca miał na niego własny pomysł, tylko filmu, który powstać musiał i sklejony został, troche w panice, przez kogoś kto nie wiedział tak naprawdę co zrobić z własnym dzieckiem i komu młodszy brat wraz z Goyerem musieli tłumaczyć i dyktować rózne motywy z komiksów (których Nolan nie znał i generalnie miał je w dupie), które on potem doklejał na chybił trafił i "frankensteinował" na własną modłę.
TDKR jest jakiś właśnie dlatego, że Nolan musiał wcisnąć komiksowe elementy, w ciasne, niewygodne kalesony własnej konwencji, w efekcie czego, ten film musiał być "jakiś", musiał być wyrazisty. Ale za cholerę nie dawałbym za to Nolanowi punktów kreatywności.
W tym filmie, tak naprawe to jedynie Bane zahacza o iskrę pomysłowości i stylistyki, które do filmu pasują i są na miejscu. Wszystko inne to taki rozklekotany burdel, motywów wyciągniętych z innych choinek, wykrzywionych na siłe, by pasowały jako-tako do Nolanowskiego quasi-realismu i doklejonych do filmu, który wygląda jakby jego głowną siłą napędową było "domknięcie trylogii", a nie jakiś konkretny temat fabularny.
Nolan też wyraznie poległ tu ofiarą własnej formuły. Cztery lata oczekiwania na film, wypełnione były masą fanowskich spekulacji na temat tego kto będzie kolejnym villainem itp. I zawsze towarzyszyła temu rozmowa na temat tego, jak dana postać/motyw będą pasowac do realistycznej konwencji. Czasami wychodziło z tego coś ok (np. Riddler w sensacyjnej wersji), ale w zdecydowanej większości, były to takie stylistyczne frankesteiny. Ni to komiks, ni to powaga. Zamiast tego, takie stojące w rozkroku, niewiadomo co, pozbawione głównych sił obu konwencji nad którymi próbuje balansować. I w TDKR, prawie wszystkie motywy na to cierpiały.
W poprzednich dwóch filmach Nolanowa formuła się sprawdziła i ja ją bardzo lubię.
BB to był samograj jako origin story, tam głowny trzon filmu, był wyrazny i oczywisty. TDK to podobnie jak Returns u Burtona, bardziej osobisty film dla reżysera, bardziej Nolanowski, ale tam również kręgosłup fabularny był mega czytelny i stylistycznie wyraźny - komiskowa sensacja prowadzona do przodu przez machinacje przerysowanego szaleńca. Mega. Ale już Rises, to takie totalne niewiadomo co. Tam prawie wszystko na ekranie śmierdzi na kilometr brakiem wiary w to co się pokazuje. Jakby postaci same mówiły "ja tu średnio pasuje i nie powinno mnie tu w ogóle być".
I to realizacyjne lenistwo i rozklekotanie, o którym pisał Mierzwiak i ja, jest symptomatyczne do tego większego problemu, że za Rises nie kryje się żadna wizja i pasja i że został on odbębniony.
Wrażenie jakie nieustannie towarzyszy mi przy powtórkach RISES, to uczucie, że tam pewne sceny są włożone jakby...z obligacji. Ot, jakby Nolan widział, że kręci adapatcje komiksową, więc np. wrzucił do scenariusza jakąś scenę bijatyki, dla ludzi, bo przecież tego się niby wymaga od filmów superhero, ale za cholere nie było w tym serca. Scena X jest pokazana aby ustanowić, że wydarzyło się Y, ale to wszystko jest tak cholernie mechaniczne, użytkowe. Wyglądające na...odbębnione przez kogoś, kto zagubiony odbija się pomiędzy zalążkami własnych pomysłów, a konwencjami gatunku, który już go raczej nie interesuje, tak jak wcześniej.
Wygląda to albo tak jakby Nolan nie miał na ten film idei i pasji, albo tak jakby naprawdę uwierzył we własny hajp i to, że kręci jakieś mega głebokie, subwersyjne kino, które wychodzi poza banały swojego komiksowego gatunku, by oferować coś głębszego. W sensie, że Nolan w chuju miał bijatyki, zabawki, trykociarzy, efekty, logikę i związek przyczynowo-skutkowy, skoro liczy się PRZESŁANIE. Co byłoby jeszcze do wybaczenia, gdyby ten film naprawdę był w jakiś sposób inteligentny czy redefiniujący gatunek, ale biorąc pod uwagę jak cholernie pretensjonalny jest to pustak (i piszę to jako ktoś kto przez większość swojej kariery na tym forum, bronił większość filmów Nolana przed atakami o totalną pretensjonalność), to wychodzi to raczej śmiesznie. Pod tym konkretnym względem, obiawiam się, że Rises nie różni się jakoś szczególnie od BvS.
TDK zawsze broniłem przed atakami o gromkopierdność, bo tam pewna doza teatralnej podniosłości, moim zdaniem wychodziła naturalnie z historii i dramy wywoływanej przez Jokera. W Rises natomiast, gromkopierdność wynika z tego, że Batmany Nolana miały już na tym etapie opinię "głębokich i poważnych", więc Krzysiek dwoił się i troił by nawrzucać do tego jak najwięcej Tematów z dużej litery, by sprostać swojej reputacji. Ale to nie jest pomysłowość.
Nie wiem czy to kojarzycie, ale był taki jeden wywiad z Nolanem, w którym koleś moim zdaniem nieco "wpadł". Prowadzący wywiad zahaczył o temat głębi i politycznej istotności filmu i Nolan w odpowiedzi powiedział, ze gdy z bratem pisali scenariusz, to szukanie politycznych motywów było robione na zasadzie "throwing different stuff at the wall and seeing what sticks".
Jak szło to w powiedzenie? Żadne arcydzieło nie było tworzone z myślą o byciu arcydziełem? To co on powiedział to jest książkowy przykład pisania scenariusza, w którym chce się skoczyć wyżej własnej dupy. W którym głebia i polityka nie wychodzą naturalnie od postaci i świata przedstawionego, tylko są wciśniete na siłę, bo twórca ma kompleks wyższości i czuje, że musi do tego mega poważnego, wiekopomnego dział wrzucić coś co wyniesie go ponad trykociarski standard. Więc w efekecie w Rises mamy coś tam, coś tam społeczeństwo. Coś tam, coś tam rewolucja i Occupy Wall Street. Coś tam, coś tam bogacze i 1%. No i zamknięcie filmu cytatem z "Tale of two cities", który jest tak pretensjonalną i niepasującą próbą przypudrowania tego pustaka, że ręce opadają.
Bardziej mi wstyd, że kiedyś dałem Rises 8/10, niż Mentalowi, za to, że po pierwszym seansie, zjebał Miami Vice ;)
RISES rzeczywiście był "jakiś" na tle większości filmów trykociarskich, momentami nawet "jakiś" w całkiem pozytywnym sensie, ale nie przypisywałbym tego do jakiejś wizji czy mega pomysłowości Nolana, która była niby tak wielka i rwąca w szwach, że film nie podołał jego ambicji. Dla mnie zarówno sam Rises, jak i wszystkie zakulisowe sygnały odnośnie jego powstawania, malują obraz filmu, który nie powstawał dlatego, że twórca miał na niego własny pomysł, tylko filmu, który powstać musiał i sklejony został, troche w panice, przez kogoś kto nie wiedział tak naprawdę co zrobić z własnym dzieckiem i komu młodszy brat wraz z Goyerem musieli tłumaczyć i dyktować rózne motywy z komiksów (których Nolan nie znał i generalnie miał je w dupie), które on potem doklejał na chybił trafił i "frankensteinował" na własną modłę.
TDKR jest jakiś właśnie dlatego, że Nolan musiał wcisnąć komiksowe elementy, w ciasne, niewygodne kalesony własnej konwencji, w efekcie czego, ten film musiał być "jakiś", musiał być wyrazisty. Ale za cholerę nie dawałbym za to Nolanowi punktów kreatywności.
W tym filmie, tak naprawe to jedynie Bane zahacza o iskrę pomysłowości i stylistyki, które do filmu pasują i są na miejscu. Wszystko inne to taki rozklekotany burdel, motywów wyciągniętych z innych choinek, wykrzywionych na siłe, by pasowały jako-tako do Nolanowskiego quasi-realismu i doklejonych do filmu, który wygląda jakby jego głowną siłą napędową było "domknięcie trylogii", a nie jakiś konkretny temat fabularny.
Nolan też wyraznie poległ tu ofiarą własnej formuły. Cztery lata oczekiwania na film, wypełnione były masą fanowskich spekulacji na temat tego kto będzie kolejnym villainem itp. I zawsze towarzyszyła temu rozmowa na temat tego, jak dana postać/motyw będą pasowac do realistycznej konwencji. Czasami wychodziło z tego coś ok (np. Riddler w sensacyjnej wersji), ale w zdecydowanej większości, były to takie stylistyczne frankesteiny. Ni to komiks, ni to powaga. Zamiast tego, takie stojące w rozkroku, niewiadomo co, pozbawione głównych sił obu konwencji nad którymi próbuje balansować. I w TDKR, prawie wszystkie motywy na to cierpiały.
W poprzednich dwóch filmach Nolanowa formuła się sprawdziła i ja ją bardzo lubię.
BB to był samograj jako origin story, tam głowny trzon filmu, był wyrazny i oczywisty. TDK to podobnie jak Returns u Burtona, bardziej osobisty film dla reżysera, bardziej Nolanowski, ale tam również kręgosłup fabularny był mega czytelny i stylistycznie wyraźny - komiskowa sensacja prowadzona do przodu przez machinacje przerysowanego szaleńca. Mega. Ale już Rises, to takie totalne niewiadomo co. Tam prawie wszystko na ekranie śmierdzi na kilometr brakiem wiary w to co się pokazuje. Jakby postaci same mówiły "ja tu średnio pasuje i nie powinno mnie tu w ogóle być".
I to realizacyjne lenistwo i rozklekotanie, o którym pisał Mierzwiak i ja, jest symptomatyczne do tego większego problemu, że za Rises nie kryje się żadna wizja i pasja i że został on odbębniony.
Wrażenie jakie nieustannie towarzyszy mi przy powtórkach RISES, to uczucie, że tam pewne sceny są włożone jakby...z obligacji. Ot, jakby Nolan widział, że kręci adapatcje komiksową, więc np. wrzucił do scenariusza jakąś scenę bijatyki, dla ludzi, bo przecież tego się niby wymaga od filmów superhero, ale za cholere nie było w tym serca. Scena X jest pokazana aby ustanowić, że wydarzyło się Y, ale to wszystko jest tak cholernie mechaniczne, użytkowe. Wyglądające na...odbębnione przez kogoś, kto zagubiony odbija się pomiędzy zalążkami własnych pomysłów, a konwencjami gatunku, który już go raczej nie interesuje, tak jak wcześniej.
Wygląda to albo tak jakby Nolan nie miał na ten film idei i pasji, albo tak jakby naprawdę uwierzył we własny hajp i to, że kręci jakieś mega głebokie, subwersyjne kino, które wychodzi poza banały swojego komiksowego gatunku, by oferować coś głębszego. W sensie, że Nolan w chuju miał bijatyki, zabawki, trykociarzy, efekty, logikę i związek przyczynowo-skutkowy, skoro liczy się PRZESŁANIE. Co byłoby jeszcze do wybaczenia, gdyby ten film naprawdę był w jakiś sposób inteligentny czy redefiniujący gatunek, ale biorąc pod uwagę jak cholernie pretensjonalny jest to pustak (i piszę to jako ktoś kto przez większość swojej kariery na tym forum, bronił większość filmów Nolana przed atakami o totalną pretensjonalność), to wychodzi to raczej śmiesznie. Pod tym konkretnym względem, obiawiam się, że Rises nie różni się jakoś szczególnie od BvS.
TDK zawsze broniłem przed atakami o gromkopierdność, bo tam pewna doza teatralnej podniosłości, moim zdaniem wychodziła naturalnie z historii i dramy wywoływanej przez Jokera. W Rises natomiast, gromkopierdność wynika z tego, że Batmany Nolana miały już na tym etapie opinię "głębokich i poważnych", więc Krzysiek dwoił się i troił by nawrzucać do tego jak najwięcej Tematów z dużej litery, by sprostać swojej reputacji. Ale to nie jest pomysłowość.
Nie wiem czy to kojarzycie, ale był taki jeden wywiad z Nolanem, w którym koleś moim zdaniem nieco "wpadł". Prowadzący wywiad zahaczył o temat głębi i politycznej istotności filmu i Nolan w odpowiedzi powiedział, ze gdy z bratem pisali scenariusz, to szukanie politycznych motywów było robione na zasadzie "throwing different stuff at the wall and seeing what sticks".
Jak szło to w powiedzenie? Żadne arcydzieło nie było tworzone z myślą o byciu arcydziełem? To co on powiedział to jest książkowy przykład pisania scenariusza, w którym chce się skoczyć wyżej własnej dupy. W którym głebia i polityka nie wychodzą naturalnie od postaci i świata przedstawionego, tylko są wciśniete na siłę, bo twórca ma kompleks wyższości i czuje, że musi do tego mega poważnego, wiekopomnego dział wrzucić coś co wyniesie go ponad trykociarski standard. Więc w efekecie w Rises mamy coś tam, coś tam społeczeństwo. Coś tam, coś tam rewolucja i Occupy Wall Street. Coś tam, coś tam bogacze i 1%. No i zamknięcie filmu cytatem z "Tale of two cities", który jest tak pretensjonalną i niepasującą próbą przypudrowania tego pustaka, że ręce opadają.
Bardziej mi wstyd, że kiedyś dałem Rises 8/10, niż Mentalowi, za to, że po pierwszym seansie, zjebał Miami Vice ;)
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
26-01-2018, 20:31 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26-01-2018, 20:36 przez Proteus.)





