Hostiles - wielkie meh. Zaczyna się nawet nieźle, a Bale jest intensywny jak trzeba, ale film szybko i gwałtownie stacza się na dno. Cały motyw pogodzenia z niegdysiejszym wrogiem jest naciągany jak cholera. Zimnokrwisty killer który masakrował czerwonych pod Wounded Knee po dekadach nienawiści w spektakularnie krótkim czasie nawraca się na miłość i ekumenizm. Jest to tak niewiarygodne, że scenarzysta sam wykopuje pod sobą dołek: w jednej z późniejszych scen świeżo świętoszkowaty Bale nie jest nawet w stanie odpowiedzieć na zarzuty żądnego indiańskiej krwi Bena Fostera, który w założeniu miał być morderczym świrem, ale którego stanowisko jest znacznie lepiej uzasadnione. W efekcie najbardziej ze wszystkich postaci sympatyzowałem z nim, bo przynajmniej przypominał prawdziwą istotę ludzką.
Przy okazji, dostajemy tu podlizywanie się dwóm mniejszościom w cenie jednej. Całkiem znikąd dostajemy scenę z ciężko rannym czarnym kapralem, któremu Bale ze łzami w oczach kadzi jakim to jest super zajebistym żołnierzem i służba z nim była zaszczytem że ho ho. Czy coś w filmie uzasadnia tą scenę? Nie. Czy służy ona czemuś? Oczywiście. Przecież Hollywood powinno stale przypominać Afroamerykanom, że są narodem wybranym.
Ostatnie sceny to już w ogóle koszmar, tonacja skacze ze skrajności w skrajność, od taniego pseudo-nihilizmu po Hollywoodzką cukierkowość.
4/10
Przy okazji, dostajemy tu podlizywanie się dwóm mniejszościom w cenie jednej. Całkiem znikąd dostajemy scenę z ciężko rannym czarnym kapralem, któremu Bale ze łzami w oczach kadzi jakim to jest super zajebistym żołnierzem i służba z nim była zaszczytem że ho ho. Czy coś w filmie uzasadnia tą scenę? Nie. Czy służy ona czemuś? Oczywiście. Przecież Hollywood powinno stale przypominać Afroamerykanom, że są narodem wybranym.
Ostatnie sceny to już w ogóle koszmar, tonacja skacze ze skrajności w skrajność, od taniego pseudo-nihilizmu po Hollywoodzką cukierkowość.
4/10
22-06-2018, 20:00





