Sprawnie opowiedziane kino, które chciałoby być zaangażowane. I się Nichols stara, Hanks stara, kilku innych też się stara opowiedzieć coś ważnego, a tu dupa. Wnioski znakomite, ale droga do nich - hollywoodzko błaha.
Podoba mi się tło - początek lat 80., Zimna Wojna trwa w najlepsze, ZSRR atakuje Afganistan. Punkt wyjściowy ciekawy, choć twórcy nie zadaja sobie trudu wyjaśnienia o co Ruskim chodziło. Zresztą, twórcy też nie zadają sobie trudu wyjaśnienia dlaczego Amerykanie angażują się w tą wojnę. To że dzieciom rączki komuniści obrywają, to jest wystarczający powód wysłania broni za miliard dolców? Gdzie to lobby, konflikt interesów, polityczno-społeczne koneksje, uzasadnienie kolejnych kroków? Pojawia się Hanks na pograniczu pakistańsko-afgańskim, widzi biedne dzieciaczki i wysypujący się ryż i tyle mu wystarcza do zmiany politycznej optyki. Co więcej, swą świętą naiwnością zaraża amerykański senat, który grosza na rakiety wycelowane w komunistyczne śmigłowce nie szczędzi. Charlie Wilson nowym Mr. Smithem? Litości, nie te czasy...
Po łebkach, bez wątpliwości, wesoło, śmiesznie i pozytywnie. Amerykanie wybawili świat raz jeszcze, jakby tylko oni istnieli na tym świecie i stanowili o sukcesie każdej stategii bez oglądania sie na interesy innych. Niemniej gorzka ironia losu jest odczuwalna, choć poprawność w tym względzie zwyciężyła (bo żaden jankeski twórca sie nie zająknie, że samego Osame bin Ladena przeszkolono - to za odważna kwestia; podobnie wygląda kwestia pól makowych, które tkwią w centrum przeszłych i przyszłych konfliktów). Film nie kąsa tak, jak powinien kąsąć przy tak wygodnej tematyce. Nawet lekka demagogia byłaby wskazana, żeby uwidocznić to, co zazwyczaj przemilczane (np. zakulisowe gierki nie mające zbyt wiele wspólnego ze szczerą empatią). Ale może to nie było celem twórców? Może chodziło o atrakcyjne przedstawienie politycznych ideałów, które zainspirują dotychczas niezainspirowanych?
To taki dziwny film: lekki i przyjemny, i z racji swej lekkości i przyjemności - irytujący. Ja się na te naiwne banialuki nie nabieram. 5/10
Podoba mi się tło - początek lat 80., Zimna Wojna trwa w najlepsze, ZSRR atakuje Afganistan. Punkt wyjściowy ciekawy, choć twórcy nie zadaja sobie trudu wyjaśnienia o co Ruskim chodziło. Zresztą, twórcy też nie zadają sobie trudu wyjaśnienia dlaczego Amerykanie angażują się w tą wojnę. To że dzieciom rączki komuniści obrywają, to jest wystarczający powód wysłania broni za miliard dolców? Gdzie to lobby, konflikt interesów, polityczno-społeczne koneksje, uzasadnienie kolejnych kroków? Pojawia się Hanks na pograniczu pakistańsko-afgańskim, widzi biedne dzieciaczki i wysypujący się ryż i tyle mu wystarcza do zmiany politycznej optyki. Co więcej, swą świętą naiwnością zaraża amerykański senat, który grosza na rakiety wycelowane w komunistyczne śmigłowce nie szczędzi. Charlie Wilson nowym Mr. Smithem? Litości, nie te czasy...
Po łebkach, bez wątpliwości, wesoło, śmiesznie i pozytywnie. Amerykanie wybawili świat raz jeszcze, jakby tylko oni istnieli na tym świecie i stanowili o sukcesie każdej stategii bez oglądania sie na interesy innych. Niemniej gorzka ironia losu jest odczuwalna, choć poprawność w tym względzie zwyciężyła (bo żaden jankeski twórca sie nie zająknie, że samego Osame bin Ladena przeszkolono - to za odważna kwestia; podobnie wygląda kwestia pól makowych, które tkwią w centrum przeszłych i przyszłych konfliktów). Film nie kąsa tak, jak powinien kąsąć przy tak wygodnej tematyce. Nawet lekka demagogia byłaby wskazana, żeby uwidocznić to, co zazwyczaj przemilczane (np. zakulisowe gierki nie mające zbyt wiele wspólnego ze szczerą empatią). Ale może to nie było celem twórców? Może chodziło o atrakcyjne przedstawienie politycznych ideałów, które zainspirują dotychczas niezainspirowanych?
To taki dziwny film: lekki i przyjemny, i z racji swej lekkości i przyjemności - irytujący. Ja się na te naiwne banialuki nie nabieram. 5/10
24-02-2008, 22:09





