Mary Queen of Scots - poszedłem z braku laku, bo nic ciekawszego o żądanej godzinie nie grali, a w sumie kino kostiumowe zawsze mnie ciekawi. Co prawda nie spodziewałem się niczego dobrego, a jednak zostałem pozytywnie zaskoczony. Nie wiem na ile to kwestia mojego wyśmienitego humoru i szampana krążącego w żyłach, ale bardzo mi się podobało. Zaczynając od fabuły - przed seansem nawet nie wiedziałem dokładnie o które lata i postaci historyczne chodziło, więc oglądałem bez wiedzy jak to wszystko się potoczy, w każdym razie podobno jest tam sporo nieścisłości, ale ja o to nie dbam, bo to bardzo fajna historia o relacji dwóch kuzynek - zaufaniu, kontrolii, perfidii, zdradach, wszystko ładnie się tam układa, tragiczny los samej Marii Stuart jest niezwykle interesujący, a pokazany z takiej ludzkiej strony, no podobał mi się scenariusz.
Film na wyższy poziom wynosi swoją rolą Saoirse Ronan - nie da się lepiej zagrać młodej monarchini, która nie daje sobą pomiatać, ale musi lawirować w meandrach wielkiej polityki, której ostatecznie nie daje rady. Jak dla mnie jest to rola wielka i ja bym wywalił kopniakiem z kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa wszystkie rywalki oprócz może Coleman (Glen Close nie widziałem). Lady Gaga albo ta Meksykanka od Cuarona są takie malutkie przy roli Irlandki. Ja bym dał Ronan statuetkę, a sam brak nominacji uważam za skandal.
Ciekawą kwestią jest reżyseria - film jest oczywiście zrobiony bardzo sprawnie, wiele fragmentów cieszy oko, ja jednak chciałem o czym innym. Otóż reżyserem jest kobieta, o czym nie wiedziałem przed seansem, ale po kilkudziesięciu minutach się domyśliłem, że widać damskie podejście do tematu, zwłaszcza w portretowaniu relacji damsko-męskich (miałem wrażenie, że faceci są traktowani po prostu przedmiotowo), ale i w zrzucaniu winy za wszystkie złe rzeczy na facetów. Nie mam oczywiście żadnych pretensji o taki obraz facetów, bo każdy twórca ma prawo przedstawiać świat jak mu się tylko podoba, ale to dosyć znamienne, że nie tylko mężczyzni potrafią kręcić szowinistyczne filmy, wystarczy dać prawo głosu kobietom i zrobią dokładnie to samo :)
Miłe zaskoczenie, ode mnie mocne 7/10 i obietnica rychłej powtórki w domowych warunkach.
Film na wyższy poziom wynosi swoją rolą Saoirse Ronan - nie da się lepiej zagrać młodej monarchini, która nie daje sobą pomiatać, ale musi lawirować w meandrach wielkiej polityki, której ostatecznie nie daje rady. Jak dla mnie jest to rola wielka i ja bym wywalił kopniakiem z kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa wszystkie rywalki oprócz może Coleman (Glen Close nie widziałem). Lady Gaga albo ta Meksykanka od Cuarona są takie malutkie przy roli Irlandki. Ja bym dał Ronan statuetkę, a sam brak nominacji uważam za skandal.
Ciekawą kwestią jest reżyseria - film jest oczywiście zrobiony bardzo sprawnie, wiele fragmentów cieszy oko, ja jednak chciałem o czym innym. Otóż reżyserem jest kobieta, o czym nie wiedziałem przed seansem, ale po kilkudziesięciu minutach się domyśliłem, że widać damskie podejście do tematu, zwłaszcza w portretowaniu relacji damsko-męskich (miałem wrażenie, że faceci są traktowani po prostu przedmiotowo), ale i w zrzucaniu winy za wszystkie złe rzeczy na facetów. Nie mam oczywiście żadnych pretensji o taki obraz facetów, bo każdy twórca ma prawo przedstawiać świat jak mu się tylko podoba, ale to dosyć znamienne, że nie tylko mężczyzni potrafią kręcić szowinistyczne filmy, wystarczy dać prawo głosu kobietom i zrobią dokładnie to samo :)
Miłe zaskoczenie, ode mnie mocne 7/10 i obietnica rychłej powtórki w domowych warunkach.
15-02-2019, 10:17 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-02-2019, 10:18 przez simek.)





