Saturday Night Fever - o kurde, nie spodziewałem się takiej petardy, może niektórych zaskoczę, ale film dołącza do mojej listy jako 27. dziesiątka. Już dawno tak nie miałem, żebym po pierwszej scenie pomyślał, że kurde, ale to świetne, a od pewnego momentu każda kolejna scena utwierdzała mnie w przekonaniu, że to będzie 10/10.
O muzyce chyba nic nie muszę pisać, bo to po prostu ideał, piosenki, które wszyscy znają i kochają, a jak one grają w scenach tanecznych, to głowa mała :) W każdym razie spodziewałem się, że cała reszta będzie przeciętna, a tutaj nic z tych rzeczy: wszystkie rozmowy Tony'ego ze Stephanie są genialne napisane, skrzą od emocji, najpierw ukrytych, potem wychodzących na wierzch - jak to się mówi, nie tam żadnej fałszywej nuty, za to jest wielka chemia. Sceny w domu Tony'ego, jego docinki wobec ojca, kłótnie przy stole - no czyste złoto, to samo z ekipą Tony'ego bujającą się samochodem po mieście. Nawet taki, zdawałoby się, zapychasz jak fragmenty w sklepie z farbami mają znakomite dialogi, a na wyższy poziom wynosi je jeszcze bezbłędna gra Travolty.
Zaskoczyło mnie jak dobre są zdjęcia, sceny klubowe to wiadomka - feeria barw i niesamowity flow w połączeniu z muzyką dają dokładnie to, czego oczekuję od kina, dodatkowo cudne ujęcia miasta, zwykłe ulice potrafią wyglądać przepięknie, a zdarzają się też perełki jak ujęcie z Travoltą wiodącym palcem po moście Brooklińskim - poezja.
Jasne, że mógłbym znaleźć niedostatki w scenariuszu, takie jak to, że Joey i Annete są zbyt jednowymiarowi i sugestia, że jedno albo drugie w końcu się zabije była zbyt oczywista, ale z drugiej strony chyba każdy w otoczeniu ma podobne osoby, więc nie jest to coś na co bym narzekał.
Jako się rzekło - 10/10, moja pierwsza dycha wystawiona od ponad 5 lat.
O muzyce chyba nic nie muszę pisać, bo to po prostu ideał, piosenki, które wszyscy znają i kochają, a jak one grają w scenach tanecznych, to głowa mała :) W każdym razie spodziewałem się, że cała reszta będzie przeciętna, a tutaj nic z tych rzeczy: wszystkie rozmowy Tony'ego ze Stephanie są genialne napisane, skrzą od emocji, najpierw ukrytych, potem wychodzących na wierzch - jak to się mówi, nie tam żadnej fałszywej nuty, za to jest wielka chemia. Sceny w domu Tony'ego, jego docinki wobec ojca, kłótnie przy stole - no czyste złoto, to samo z ekipą Tony'ego bujającą się samochodem po mieście. Nawet taki, zdawałoby się, zapychasz jak fragmenty w sklepie z farbami mają znakomite dialogi, a na wyższy poziom wynosi je jeszcze bezbłędna gra Travolty.
Zaskoczyło mnie jak dobre są zdjęcia, sceny klubowe to wiadomka - feeria barw i niesamowity flow w połączeniu z muzyką dają dokładnie to, czego oczekuję od kina, dodatkowo cudne ujęcia miasta, zwykłe ulice potrafią wyglądać przepięknie, a zdarzają się też perełki jak ujęcie z Travoltą wiodącym palcem po moście Brooklińskim - poezja.
Jasne, że mógłbym znaleźć niedostatki w scenariuszu, takie jak to, że Joey i Annete są zbyt jednowymiarowi i sugestia, że jedno albo drugie w końcu się zabije była zbyt oczywista, ale z drugiej strony chyba każdy w otoczeniu ma podobne osoby, więc nie jest to coś na co bym narzekał.
Jako się rzekło - 10/10, moja pierwsza dycha wystawiona od ponad 5 lat.
09-03-2019, 21:56 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-03-2019, 21:59 przez simek.)





