Nie sposób nie wrzucić również opinii pierwszego pogromcy stereotypów Piotra Dobrego:
Cytat:Ano niestety, nowy "Shaft" to równie bezduszna konfekcja co nowy "Superfly", za to zdecydowanie mniej stylowa, estetycznie zakorzeniona w latach 90. Mentalnie zresztą też. I nie chodzi o modną nostalgię, bo tej było więcej w jednej scenie "Kapitan Marvel" niż tu w całym filmie. Problem leży w montażu rodem ze strzelanek przeznaczonych prosto na rynek wideo (w tym kontekście tym bardziej nie dziwi, że po wtopie w kinach dystrybucję poza Ameryką błyskawicznie przejął Netflix) i maratonie czerstwych dowcipasów, które przeważnie próbują być autoironiczne wobec "firmowej" mizoginii serii, tyle że w ironię też trzeba umieć. Tymczasem tutaj każdy "niepoprawny politycznie" żart, czy to seksistowski, czy jakikolwiek inny, kończy się asekuranckim wytłumaczeniem. "Tak się nie mówi", "Nie mam nic przeciwko kobiecie z kobietą, ale...", "Zaraz zostaniemy oskarżeni o islamofobię" et cetera. "Nie jestem mizoginem, bo leję równo mężczyzn i kobiety, nikogo nie wykluczam", stwierdza w pewnym momencie przerysowany bohater Samuela L. Jacksona. Czy scenariusz pisał Ziemkiewicz? Najgorsze jednak, że poza blisko dwugodzinną beką z milenialsów Tim Story nie ma żadnego pomysłu na ogranie przepaści pokoleniowej. Relacja ojcowsko-synowska sprowadza się więc do tego, że Shaft bardzo się stara, by jego syn przestał "być cipą" i stał się bardziej męski tudzież bardziej "czarny" - co znajduje ujście w kuriozalnej scenie masakry, którą Junior urządza przy dźwiękach "Be My Baby" The Ronettes (wygląda to jak bieda-"Kingsman") - i co więcej, dopiero wtedy zaskarbia sobie względy dziewczyny. To też zapewne miało "ironicznie" nawiązywać do fetyszu broni ery blaxploitation, ale w dwa tysiące dziewiętnastym jawi się jak jeden wielki stereotyp. Okropny film.
01-07-2019, 12:57





