Trędowata (1976, reż. Jerzy Hoffman)
Połowa filmu jest... przeciętna. Z jednej strony charyzmatyczny Teleszyński robiący tu za polskiego Rhetta Butlera (no, nie aż TAK charyzmatyczny). Za nim solidny drugi plan, ładna scenografia i muzyka... Z drugiej jest zbyt wiele niepotrzebnych dłużyzn przy zaledwie paru wybijających się scenach. I w samym środku Starostecka, która może irytować mając tak wiele statycznych scen, gdzie włóczy się robiąc teatralne miny rodem z jeszcze starszego kina. Trąci to wszystko archaizmem, jakby nie w pełni przetrwało próbę czasu.
Ale pozostała połowa. Olaboga, jestem oczarowany, zachwycony, a to kompletnie nie mój gatunek. Obie sekwencje uczt to majstersztyk, który oglądałem od nowa po kilka razy z rzędu. Jakby ktoś nagle zapalił światło, przypomniał sobie jacy ludzie robią ten film. Film nagle zaczyna płynąć, w rytm wybitnej muzyki Kilara i idealnie zgranej reżyserii Hoffmana - kompozycja kadrów jest po prostu ładna, a ich ruch współgra z rytmem walca. Drugi plan jest przepotężny: zdecydowanie moja ulubiona rola Gabrieli Kownackiej, młodziutka Anna Dymna to chyba najładniejsza aktorka w historii polskiego kina (nie spodziewałem się), Mariusz Dmochowski jak nie gra Jana III Sobieskiego to potrafi być naprawdę złowrogi (to spojrzenie znad toastu), jest i Fronczewski, a dalej plejada aktorów stworzonych do odgrywania zadufanej w sobie szlachty. I w tych scenach najbardziej błyszczy, nie licząc Kownackiej na trzecim planie, właśnie Starostecka, której introwertyzm i nieśmiałość wystawione na próbę pośród sępów, są rdzeniem emocjonalnym filmu. Ma w sobie coś hipnotuzyjącego, ta jej panika przykryta uśmiechem, śmiertelne przerażenie odrzuceniem z otoczenia narzeczonego, które wypada mimo teatralności w pełni wiarygodnie i filmowo (w czym też zasługa kadrów).
Podoba mi się jak Hoffman skupia się na spojrzeniach, opowiadając nimi historię w tak dynamiczny sposób, tworząc niemal teledysk do muzyki Kilara.
Nierówne, ale bardzo zapadające w pamięć kino.
Połowa filmu jest... przeciętna. Z jednej strony charyzmatyczny Teleszyński robiący tu za polskiego Rhetta Butlera (no, nie aż TAK charyzmatyczny). Za nim solidny drugi plan, ładna scenografia i muzyka... Z drugiej jest zbyt wiele niepotrzebnych dłużyzn przy zaledwie paru wybijających się scenach. I w samym środku Starostecka, która może irytować mając tak wiele statycznych scen, gdzie włóczy się robiąc teatralne miny rodem z jeszcze starszego kina. Trąci to wszystko archaizmem, jakby nie w pełni przetrwało próbę czasu.
Ale pozostała połowa. Olaboga, jestem oczarowany, zachwycony, a to kompletnie nie mój gatunek. Obie sekwencje uczt to majstersztyk, który oglądałem od nowa po kilka razy z rzędu. Jakby ktoś nagle zapalił światło, przypomniał sobie jacy ludzie robią ten film. Film nagle zaczyna płynąć, w rytm wybitnej muzyki Kilara i idealnie zgranej reżyserii Hoffmana - kompozycja kadrów jest po prostu ładna, a ich ruch współgra z rytmem walca. Drugi plan jest przepotężny: zdecydowanie moja ulubiona rola Gabrieli Kownackiej, młodziutka Anna Dymna to chyba najładniejsza aktorka w historii polskiego kina (nie spodziewałem się), Mariusz Dmochowski jak nie gra Jana III Sobieskiego to potrafi być naprawdę złowrogi (to spojrzenie znad toastu), jest i Fronczewski, a dalej plejada aktorów stworzonych do odgrywania zadufanej w sobie szlachty. I w tych scenach najbardziej błyszczy, nie licząc Kownackiej na trzecim planie, właśnie Starostecka, której introwertyzm i nieśmiałość wystawione na próbę pośród sępów, są rdzeniem emocjonalnym filmu. Ma w sobie coś hipnotuzyjącego, ta jej panika przykryta uśmiechem, śmiertelne przerażenie odrzuceniem z otoczenia narzeczonego, które wypada mimo teatralności w pełni wiarygodnie i filmowo (w czym też zasługa kadrów).
Podoba mi się jak Hoffman skupia się na spojrzeniach, opowiadając nimi historię w tak dynamiczny sposób, tworząc niemal teledysk do muzyki Kilara.
Nierówne, ale bardzo zapadające w pamięć kino.
30-11-2019, 02:29





