Nie zamierzałem dokładać się do box office'owych wyników (choć kiedyś wypożyczę na iTunes albo kupię na UHD by obejrzeć i sprzedać), więc póki co obejrzałem całkiem niezłego cama by mieć zdanie wyrobione na temat samego filmu, a nie tylko na temat tego, co o nim wiem.
Wiedziałem wszystko i wiedziałem dokładnie co zobaczę, i pewnie dlatego po seansie nie odczuwam emocji jakie pojawiały się w tym temacie. Nie jestem zły, nie jestem zażenowany, nie jest mi przykro. Byłem przy okazji Przebudzenia Mocy, ale i tamten film był (i jest) tak naprawdę bezbolesny w odbiorze, taki jest też The Rise of Skywalker.
To nie jest zły film, złe w tym wszystkim jest to, co - w ogólnym rozrachunku - zrobił Disney. Nie mając na tę Trylogię sprecyzowanego pomysłu (jednego jestem na 100% pewien: od początku wiedzieli, że Kylo się nawróci), nie mogąc się zdecydować, czy kurczowo trzymać się przeszłości (TFA), czy zrywać z nią w rewizjonistyczny, podpadający fanom sposób (TLJ). The Rise of Skywalker jest taką trochę wypadkową tych dwóch podejść, ale z naciskiem na to pierwsze. To recykling poprzednich wątków i motywów, festiwal nawiązań, cytatów i fan service'u, ale też film, który podchodzi do kwestii Mocy w sposób, który w żadnym z sześciu, a nawet siedmiu, filmach nie był choćby zasugerowany. To nie tak że wcześniejsze filmy ustaliły jakieś konkretne zasady działania Mocy, ale też pokazały ją w prosty, zrozumiały sposób. Tutaj Moc nie ma w zasadzie żadnych ograniczeń, a jej działanie zależne jest od potrzeby chwili.
The Last Jedi oceniam pozytywnie, ale to nie był dobry środek trylogii. W zasadzie jedynym co ten film zrobił było zdziesiątkowanie Ruchu Oporu i dorzucenie do ognia pod Reylo. Luke umarł, ale biorąc pod uwagę że w TFA nie robił nic, to i tak bez większego znaczenia. Kylo stanął na czele First Order, ale w sumie co za różnica? Postać Rey wciąż stała w miejscu, a "prawda" którą poznała na swój temat to jedno wielkie nic.
Gdyby nie to, że na końcu TFA Rey poleciała do Luke'a, TROS mógłby robić za bezpośrednią kontynuację tamtego filmu i nie trzeba by wcale wiele w nim zmieniać / z niego usuwać. Zasługa w tym również stylu Abramsa - o ile pod względem zdjęć, montażu i ogólnego feelu Johnson nakręcił film w duchu Oryginalnej Trylogii i Prequeli, wizualnie elegancki i niespieszny (trzymają się go również Rogue One i Solo), tak tutaj Abrams wraca do swojej rutyny - szybkiego montażu, dynamicznej pracy kamery, bohaterów przerzucających się żartami i sprzeczających podnosząc głos. Zatem nie tylko mógłby to częściowo być drugi film, ale wręcz powinien, zresztą przy odrobinie wysiłku spokojnie możnaby wziąć stąd część wątków i wpleść je do scenariusza TLJ, dać Rey czas na przetrawienie prawdy o sobie, a powrotowi Imperatora odpowiednio wybrzmieć i go podbudować, wyjaśnić nieco lepiej aniżeli tylko uciekać się do ogólników o tym że już kiedyś umierał. W wielu recenzjach słusznie powtarza się, że TROS sprawia wrażenie filmu, który chce nadrobić za poprzedni i takie też wrażenie towarzyszyło mi od samego początku.
Luke szkolił Leię, Luke i Leia od początku wiedzieli (czytaj: czuli) że Rey to potomek Palpatine'a, Luke szukał kryjówki Sithów, Rey posiada moce (strzelanie piorunami) których nie rozumie... O ileż ciekawiej (i sensowniej) byłoby, gdyby to wszystko było powiedziane / pokazane w filmie Johnsona? Tym samym wracamy, znowu, do braku pomysłu na tę Trylogię i porządnego rozplanowania jej fabuły.
Jak na wielki finał brakuje tu poczucia ostateczności pewnych wydarzeń - w Powrocie Jedi Palpatine też został zabity, a broń Imperium zniszczona, a jednak Imperator powrócił, a Imperium odrodziło się pod inną nazwą. Dlaczego ktoś miałby uznać, że teraz Imperator został na dobre zabity, a First Order pokonany?
Co chciano osiągnąć przez przybranie przez Rey nazwiska Skywalker jest w pełni zrozumiałe, ale też mocno wymuszone i niepotrzebne. Luke potrafił odrzucić swoje pochodzenie i samemu zdecydować kim będzie bez odcinania się od nazwiska swojego ojca, Rey z jakiegoś powodu nie potrafi być Rey Palpatine i zrobić wszystko, by od tej pory nazwisko to kojarzyło się inaczej.
Autentycznie wzruszyłem się na scenie śmierci Lei i pewnie fakt że nie ma z nami już Carrie też się do tego przyczynił. Jej sceny wypadają dziwnie, chwilami niezręcznie (nie zazdroszczę autorom scenariusza tego że musieli zbudować sceny wokół jej gotowych dialogów), ale samą śmierć rozegrano bardzo ładnie, nawet jeśli to kolejny przykład na to, z jaką dowolnością traktuje się w tym filmie Moc.
4/10
TLJ > TROS > TFA
Wiedziałem wszystko i wiedziałem dokładnie co zobaczę, i pewnie dlatego po seansie nie odczuwam emocji jakie pojawiały się w tym temacie. Nie jestem zły, nie jestem zażenowany, nie jest mi przykro. Byłem przy okazji Przebudzenia Mocy, ale i tamten film był (i jest) tak naprawdę bezbolesny w odbiorze, taki jest też The Rise of Skywalker.
To nie jest zły film, złe w tym wszystkim jest to, co - w ogólnym rozrachunku - zrobił Disney. Nie mając na tę Trylogię sprecyzowanego pomysłu (jednego jestem na 100% pewien: od początku wiedzieli, że Kylo się nawróci), nie mogąc się zdecydować, czy kurczowo trzymać się przeszłości (TFA), czy zrywać z nią w rewizjonistyczny, podpadający fanom sposób (TLJ). The Rise of Skywalker jest taką trochę wypadkową tych dwóch podejść, ale z naciskiem na to pierwsze. To recykling poprzednich wątków i motywów, festiwal nawiązań, cytatów i fan service'u, ale też film, który podchodzi do kwestii Mocy w sposób, który w żadnym z sześciu, a nawet siedmiu, filmach nie był choćby zasugerowany. To nie tak że wcześniejsze filmy ustaliły jakieś konkretne zasady działania Mocy, ale też pokazały ją w prosty, zrozumiały sposób. Tutaj Moc nie ma w zasadzie żadnych ograniczeń, a jej działanie zależne jest od potrzeby chwili.
The Last Jedi oceniam pozytywnie, ale to nie był dobry środek trylogii. W zasadzie jedynym co ten film zrobił było zdziesiątkowanie Ruchu Oporu i dorzucenie do ognia pod Reylo. Luke umarł, ale biorąc pod uwagę że w TFA nie robił nic, to i tak bez większego znaczenia. Kylo stanął na czele First Order, ale w sumie co za różnica? Postać Rey wciąż stała w miejscu, a "prawda" którą poznała na swój temat to jedno wielkie nic.
Gdyby nie to, że na końcu TFA Rey poleciała do Luke'a, TROS mógłby robić za bezpośrednią kontynuację tamtego filmu i nie trzeba by wcale wiele w nim zmieniać / z niego usuwać. Zasługa w tym również stylu Abramsa - o ile pod względem zdjęć, montażu i ogólnego feelu Johnson nakręcił film w duchu Oryginalnej Trylogii i Prequeli, wizualnie elegancki i niespieszny (trzymają się go również Rogue One i Solo), tak tutaj Abrams wraca do swojej rutyny - szybkiego montażu, dynamicznej pracy kamery, bohaterów przerzucających się żartami i sprzeczających podnosząc głos. Zatem nie tylko mógłby to częściowo być drugi film, ale wręcz powinien, zresztą przy odrobinie wysiłku spokojnie możnaby wziąć stąd część wątków i wpleść je do scenariusza TLJ, dać Rey czas na przetrawienie prawdy o sobie, a powrotowi Imperatora odpowiednio wybrzmieć i go podbudować, wyjaśnić nieco lepiej aniżeli tylko uciekać się do ogólników o tym że już kiedyś umierał. W wielu recenzjach słusznie powtarza się, że TROS sprawia wrażenie filmu, który chce nadrobić za poprzedni i takie też wrażenie towarzyszyło mi od samego początku.
Luke szkolił Leię, Luke i Leia od początku wiedzieli (czytaj: czuli) że Rey to potomek Palpatine'a, Luke szukał kryjówki Sithów, Rey posiada moce (strzelanie piorunami) których nie rozumie... O ileż ciekawiej (i sensowniej) byłoby, gdyby to wszystko było powiedziane / pokazane w filmie Johnsona? Tym samym wracamy, znowu, do braku pomysłu na tę Trylogię i porządnego rozplanowania jej fabuły.
Jak na wielki finał brakuje tu poczucia ostateczności pewnych wydarzeń - w Powrocie Jedi Palpatine też został zabity, a broń Imperium zniszczona, a jednak Imperator powrócił, a Imperium odrodziło się pod inną nazwą. Dlaczego ktoś miałby uznać, że teraz Imperator został na dobre zabity, a First Order pokonany?
Co chciano osiągnąć przez przybranie przez Rey nazwiska Skywalker jest w pełni zrozumiałe, ale też mocno wymuszone i niepotrzebne. Luke potrafił odrzucić swoje pochodzenie i samemu zdecydować kim będzie bez odcinania się od nazwiska swojego ojca, Rey z jakiegoś powodu nie potrafi być Rey Palpatine i zrobić wszystko, by od tej pory nazwisko to kojarzyło się inaczej.
Autentycznie wzruszyłem się na scenie śmierci Lei i pewnie fakt że nie ma z nami już Carrie też się do tego przyczynił. Jej sceny wypadają dziwnie, chwilami niezręcznie (nie zazdroszczę autorom scenariusza tego że musieli zbudować sceny wokół jej gotowych dialogów), ale samą śmierć rozegrano bardzo ładnie, nawet jeśli to kolejny przykład na to, z jaką dowolnością traktuje się w tym filmie Moc.
4/10
TLJ > TROS > TFA
25-12-2019, 01:03 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-12-2019, 01:15 przez Mierzwiak.)





