Sieć/Network, reż Sydney Lumet, 1976
[...]There are no nations. There are no peoples. There are no Russians. There are no Arabs. There are no third worlds. There is no West. There is only one holistic system of systems, one vast and immane, interwoven, interacting, multivariate, multinational dominion of dollars. Petro-dollars, electro-dollars, multi-dollars, reichmarks, rins, rubles, pounds, and shekels.
It is the international system of currency which determines the totality of life on this planet. That is the natural order of things today. That is the atomic and subatomic and galactic structure of things today![...]
[...]There is no America. There is no democracy. There is only IBM and ITT and AT&T and DuPont, Dow, Union Carbide, and Exxon. Those are the nations of the world today.[...]
Oglądasz film o telewizji w którym facet ma dość i wpada w histerię. A potem natrafiasz na scenę z takim monologiem.
To jest mistrzostwo świata ta scena. Zagrana idealnie, w idealnej scenografii. Jeden z możnych tego świata zdeptał przerażonego człowieka jakby rozgniatał robaka. Robaka który dopiero wtedy zrozumiał w czym bierze udział.
W zasadzie ta scena jest na swój sposób przewrotna, bo można zadać pytanie - kto jest większym wariatem? Beal jako medialny prorok głoszący prawdę o mass-mediach, czy Jansen z ogromnymi wpływami jako szef potężnej korporacji głoszący swoją kosmologię?
Nie wiedziałem, że ten film jest az tak ważny. To jest film z gatunku Matrixa, Jokera oraz paru innych które są przełomowe ze względu na to o czym traktują. Bo ten film jest o porządku świata oraz jak zwykli ludzie nieśwaidomie biorą w tym udział, jak te pszczoły-robotnice-zombie czujące że coś jest z tym światem nie tak.
Scenariusz jest rewelacyjny. Dużo emocji, twarde dialogi, rewelacyjne monologi. Faye Dunaway zasłużenie rola oskarowa. (Notabene, to chyba najładniejsza aktorka tamtych czasów aż do pojawienia się Michelle Pfeiffer i Sharon Stone.) Holden też świetnie, tak samo Duvall, Finch. Ale dla mnie, właśnie za tę jedną scenę, show skradł Ned Beatty.
Ta satyra jest na tyle prorocza, że w tej chwili jest szarą rzeczywistością na którą wzruszamy ramionami. To jest przerażające bo nie dość że jako ludzie jesteśmy w dupie, ale na dodatek zaczęliśmy się w niej urządzać. Telewizja staje się tutaj pretekstem do obnażenia całkowitego spaczenia istoty człowieczeństwa i zaniku relacji międzyludzkich. Przyjaźnie nie istnieją, miłość nie ma racji bytu, nawet seks nie potrafi przynieść zaspokojenia, będąc rutyną wobec dyskusji o najnowszych wykresach.
Słynna anegdota głosi, że po ceremonii rozdania Oscarów, gdzie pierwszy raz w historii kina przyznano pośmiertną nagrodę za kreację Petera Fincha zdenerwowany Wiiliam Holden rzucił do kamery „Gdyby tren sku*wiel nie umarł to ja bym wygrał”. Tekst w sam raz do telewizji – poziom słupków oglądalności zapewne wzrośnie. Reszta się nie liczy…
Dziś jesteśmy świadomi wielu spraw dzięki internetowi, ale w 1976 roku ten film musiał być szokiem.
Po pierwszym obejrzeniu 9.5/10 z szansami na więcej.
[...]There are no nations. There are no peoples. There are no Russians. There are no Arabs. There are no third worlds. There is no West. There is only one holistic system of systems, one vast and immane, interwoven, interacting, multivariate, multinational dominion of dollars. Petro-dollars, electro-dollars, multi-dollars, reichmarks, rins, rubles, pounds, and shekels.
It is the international system of currency which determines the totality of life on this planet. That is the natural order of things today. That is the atomic and subatomic and galactic structure of things today![...]
[...]There is no America. There is no democracy. There is only IBM and ITT and AT&T and DuPont, Dow, Union Carbide, and Exxon. Those are the nations of the world today.[...]
Oglądasz film o telewizji w którym facet ma dość i wpada w histerię. A potem natrafiasz na scenę z takim monologiem.
To jest mistrzostwo świata ta scena. Zagrana idealnie, w idealnej scenografii. Jeden z możnych tego świata zdeptał przerażonego człowieka jakby rozgniatał robaka. Robaka który dopiero wtedy zrozumiał w czym bierze udział.
W zasadzie ta scena jest na swój sposób przewrotna, bo można zadać pytanie - kto jest większym wariatem? Beal jako medialny prorok głoszący prawdę o mass-mediach, czy Jansen z ogromnymi wpływami jako szef potężnej korporacji głoszący swoją kosmologię?
Nie wiedziałem, że ten film jest az tak ważny. To jest film z gatunku Matrixa, Jokera oraz paru innych które są przełomowe ze względu na to o czym traktują. Bo ten film jest o porządku świata oraz jak zwykli ludzie nieśwaidomie biorą w tym udział, jak te pszczoły-robotnice-zombie czujące że coś jest z tym światem nie tak.
Scenariusz jest rewelacyjny. Dużo emocji, twarde dialogi, rewelacyjne monologi. Faye Dunaway zasłużenie rola oskarowa. (Notabene, to chyba najładniejsza aktorka tamtych czasów aż do pojawienia się Michelle Pfeiffer i Sharon Stone.) Holden też świetnie, tak samo Duvall, Finch. Ale dla mnie, właśnie za tę jedną scenę, show skradł Ned Beatty.
Ta satyra jest na tyle prorocza, że w tej chwili jest szarą rzeczywistością na którą wzruszamy ramionami. To jest przerażające bo nie dość że jako ludzie jesteśmy w dupie, ale na dodatek zaczęliśmy się w niej urządzać. Telewizja staje się tutaj pretekstem do obnażenia całkowitego spaczenia istoty człowieczeństwa i zaniku relacji międzyludzkich. Przyjaźnie nie istnieją, miłość nie ma racji bytu, nawet seks nie potrafi przynieść zaspokojenia, będąc rutyną wobec dyskusji o najnowszych wykresach.
Słynna anegdota głosi, że po ceremonii rozdania Oscarów, gdzie pierwszy raz w historii kina przyznano pośmiertną nagrodę za kreację Petera Fincha zdenerwowany Wiiliam Holden rzucił do kamery „Gdyby tren sku*wiel nie umarł to ja bym wygrał”. Tekst w sam raz do telewizji – poziom słupków oglądalności zapewne wzrośnie. Reszta się nie liczy…
Dziś jesteśmy świadomi wielu spraw dzięki internetowi, ale w 1976 roku ten film musiał być szokiem.
Po pierwszym obejrzeniu 9.5/10 z szansami na więcej.
08-07-2020, 11:05 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-07-2020, 12:31 przez Doppelganger.)





