Łowca jeleni/the Deer Hunter, reż Michael Cimino, 1978
Jak zobaczyłem że film trwa 183 minuty to wiedziałem, że nie dam rady na raz (oglądam przed snem). No i pierwszy akt mnie praktycznie położył do łóżka. Prawie godzina ślubów, wesel, popijaw i zerowego rozwoju fabuły.
No ale potem jest już coraz lepiej. Bardzo dobry drugi i trzeci akt, rewelacyjnie surowe i prawdziwe sceny z rosyjską ruletką. No i to co najważniejsze i o czym ten film jest: jak bezsens wojny wpływa na psychikę i życie młodego człowieka.
Rosyjska ruletka, to metafora wojny. Jak idziesz na wojnę przystawiasz sobie nabity rewolwer do głowy. I nigdy nie wiesz, kiedy dostaniesz kulę. Nie każdy wytrzymuje to psychicznie.
Na tym można zakończyć ale jest wiele rzeczy które zauważyłem w pierwszym seansie które mi się bardzo podobały:
- klimat tego małego hutniczego miasteczka w Pensylwanii. Ciemno, mgła, ponuro, kominy, dym... Jakbym był na obrzeżach Rudy Śląskiej
- aktorstwo szczególnie w scenach z ruletką. Prawdziwe i podobno czasem improwizowane
- scenerie i widoki górskie na polowaniach
- przemiana Mike'a Vronsky'ego. Już nie chce zabijać jelenia i pokazuje Stanowi (John Cazale!) czym jest pojedynczy strzał
- gra Christophera Walkena jest najlepsza w całej plejadzie tych aktorów.
- Vietcong wygląda strasznie realistycznie
- wystąpiła plejada aktorów których bardzo lubię: de Niro (który jest bardzo dobry ale ustępuje Walkenowi), George Dzundza, John Cazale
- bardzo dobra, świeża i młodziutka Meryl Streep
Wady? Trochę dłużyzn, być może film mógł by krótszy, choć rozumiem po co był pierwszy akt.
Film wyszedł w czasie kiedy Amerykanie zaczęli mieć kaca po wojnie w Wietnamie, i pewnie też dlatego osiągnął status arcydzieła. Ale chyba dziś by chyba już tak nie było.
Doceniam jednak że film ma dość sporą głębię i za drugim/trzecim seansem zauważę dużo rzeczy które mi umknęły.
8/10
Jak zobaczyłem że film trwa 183 minuty to wiedziałem, że nie dam rady na raz (oglądam przed snem). No i pierwszy akt mnie praktycznie położył do łóżka. Prawie godzina ślubów, wesel, popijaw i zerowego rozwoju fabuły.
No ale potem jest już coraz lepiej. Bardzo dobry drugi i trzeci akt, rewelacyjnie surowe i prawdziwe sceny z rosyjską ruletką. No i to co najważniejsze i o czym ten film jest: jak bezsens wojny wpływa na psychikę i życie młodego człowieka.
Rosyjska ruletka, to metafora wojny. Jak idziesz na wojnę przystawiasz sobie nabity rewolwer do głowy. I nigdy nie wiesz, kiedy dostaniesz kulę. Nie każdy wytrzymuje to psychicznie.
Na tym można zakończyć ale jest wiele rzeczy które zauważyłem w pierwszym seansie które mi się bardzo podobały:
- klimat tego małego hutniczego miasteczka w Pensylwanii. Ciemno, mgła, ponuro, kominy, dym... Jakbym był na obrzeżach Rudy Śląskiej
- aktorstwo szczególnie w scenach z ruletką. Prawdziwe i podobno czasem improwizowane
- scenerie i widoki górskie na polowaniach
- przemiana Mike'a Vronsky'ego. Już nie chce zabijać jelenia i pokazuje Stanowi (John Cazale!) czym jest pojedynczy strzał
- gra Christophera Walkena jest najlepsza w całej plejadzie tych aktorów.
- Vietcong wygląda strasznie realistycznie
- wystąpiła plejada aktorów których bardzo lubię: de Niro (który jest bardzo dobry ale ustępuje Walkenowi), George Dzundza, John Cazale
- bardzo dobra, świeża i młodziutka Meryl Streep
Wady? Trochę dłużyzn, być może film mógł by krótszy, choć rozumiem po co był pierwszy akt.
Film wyszedł w czasie kiedy Amerykanie zaczęli mieć kaca po wojnie w Wietnamie, i pewnie też dlatego osiągnął status arcydzieła. Ale chyba dziś by chyba już tak nie było.
Doceniam jednak że film ma dość sporą głębię i za drugim/trzecim seansem zauważę dużo rzeczy które mi umknęły.
8/10
11-07-2020, 20:34 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-07-2020, 23:49 przez Doppelganger.)






