Słomiany wdowiec (1955)
Ostatnio mnie coś wzięło na odświeżanie sobie filmów z Marilyn. Ogólnie sam pomysł jest prosty, acz całkiem sympatyczny - żonka i synek typowego everymana z Manhattanu jadą nad jezioro, podczas gdy ten obiecuje sobie, że pod ich nieobecność nie wpuści do mieszkania żadnej kobiety. Wtem już pierwszego dnia do jego sąsiedztwa trafia pokusa w postaci samej Marilyn Monroe...
Widać gołym okiem, że to film na podstawie sztuki teatralnej. Cała ta forma sprawia ogólnie wrażenie jakiegoś spektaklu. Momentami nawet monodramu, bo sporą ilość dialogów stanowią tutaj monologi głównego bohatera, w których wyraża swoje myśli i odczucia co do sytuacji. Wiadomo, w pewnym momencie to może irytować, ale jak się przymruży oko ze względu na urok komedii romantycznych tamtych lat, to można to wszystko nawet znieść. Zabawnie absurdalne są te jego sceny czarnowidzenia. Do tego Marilyn w roli najmilszej dziewczyny na świecie, od której wzroku oderwać się nie da. W sumie jest tu trochę tej typowej dla starych filmów naiwności. W rzeczywistości, gdyby kobieta znalazła się sama w mieszkaniu z tak zachowującym się facetem to uciekałaby przed nim, gdzie pieprz rośnie.
7/10
BTW. Rozśmieszyła mnie epizodyczna postać kelnerki w wegańskiej knajpie popierającej nudyzm :D
Ostatnio mnie coś wzięło na odświeżanie sobie filmów z Marilyn. Ogólnie sam pomysł jest prosty, acz całkiem sympatyczny - żonka i synek typowego everymana z Manhattanu jadą nad jezioro, podczas gdy ten obiecuje sobie, że pod ich nieobecność nie wpuści do mieszkania żadnej kobiety. Wtem już pierwszego dnia do jego sąsiedztwa trafia pokusa w postaci samej Marilyn Monroe...
Widać gołym okiem, że to film na podstawie sztuki teatralnej. Cała ta forma sprawia ogólnie wrażenie jakiegoś spektaklu. Momentami nawet monodramu, bo sporą ilość dialogów stanowią tutaj monologi głównego bohatera, w których wyraża swoje myśli i odczucia co do sytuacji. Wiadomo, w pewnym momencie to może irytować, ale jak się przymruży oko ze względu na urok komedii romantycznych tamtych lat, to można to wszystko nawet znieść. Zabawnie absurdalne są te jego sceny czarnowidzenia. Do tego Marilyn w roli najmilszej dziewczyny na świecie, od której wzroku oderwać się nie da. W sumie jest tu trochę tej typowej dla starych filmów naiwności. W rzeczywistości, gdyby kobieta znalazła się sama w mieszkaniu z tak zachowującym się facetem to uciekałaby przed nim, gdzie pieprz rośnie.
7/10
BTW. Rozśmieszyła mnie epizodyczna postać kelnerki w wegańskiej knajpie popierającej nudyzm :D
31-08-2020, 11:01 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-08-2020, 11:02 przez Kryst_007.)





