Mężczyźni wolą blondynki (1953)
Fajnie wiedzieć, że w latach 50. nie tylko MGM potrafiło robić spektakularne musicale. Tak się składa, że przy całej ich naiwności czy innych wadach scenariuszowych to zawsze jakoś miałem słabość do tych muzycznych sekwencji w technicolorze.
Marilyn gra tu właściwie typową ekranową Marilyn, czyli postać czarującej idiotki z obsesją na punkcie pewnych błyszczących kamieni. W tym przypadku trochę jej zachowania nawet pod tą osłodą wdzięku potrafią irytować. Dla przykładu - statek dopiero co opuścił port, godziny temu pożegnała się z narzeczonym, a już przegląda listę potencjalnych milionerów do poderwania :D No i dodam, że ten synalek milionera, który jest jej owym narzeczonym to skończony frajer. Dostaje dowody na niewierność swojej wybranki, ale wystarczy go poskromić jednym pocałunkiem by już miał stanąć z nią na ślubnym kobiercu :P Zdecydowanie bardziej sympatyzowałem z postacią Jane Russell. Jej rola jest tu naprawdę fajnie napisana, ma całkiem zabawne riposty, choć swym rozsądkiem służy głównie za kontrast względem swej blondwłosej kumpeli.
Wiadomo, historyjka ponownie mocno naiwniutka, ale skłamałbym twierdząc, że się dobrze nie bawiłem. Jest tu kilka momentów, na których się naprawdę uśmiałem (przede wszystkim scena, gdy Marilyn utyka w oknie), no i oczywiście te urokliwe piosenki z klasycznym już "Diamonds Are A Girl's Best Friend" na czele.
7/10
Fajnie wiedzieć, że w latach 50. nie tylko MGM potrafiło robić spektakularne musicale. Tak się składa, że przy całej ich naiwności czy innych wadach scenariuszowych to zawsze jakoś miałem słabość do tych muzycznych sekwencji w technicolorze.
Marilyn gra tu właściwie typową ekranową Marilyn, czyli postać czarującej idiotki z obsesją na punkcie pewnych błyszczących kamieni. W tym przypadku trochę jej zachowania nawet pod tą osłodą wdzięku potrafią irytować. Dla przykładu - statek dopiero co opuścił port, godziny temu pożegnała się z narzeczonym, a już przegląda listę potencjalnych milionerów do poderwania :D No i dodam, że ten synalek milionera, który jest jej owym narzeczonym to skończony frajer. Dostaje dowody na niewierność swojej wybranki, ale wystarczy go poskromić jednym pocałunkiem by już miał stanąć z nią na ślubnym kobiercu :P Zdecydowanie bardziej sympatyzowałem z postacią Jane Russell. Jej rola jest tu naprawdę fajnie napisana, ma całkiem zabawne riposty, choć swym rozsądkiem służy głównie za kontrast względem swej blondwłosej kumpeli.
Wiadomo, historyjka ponownie mocno naiwniutka, ale skłamałbym twierdząc, że się dobrze nie bawiłem. Jest tu kilka momentów, na których się naprawdę uśmiałem (przede wszystkim scena, gdy Marilyn utyka w oknie), no i oczywiście te urokliwe piosenki z klasycznym już "Diamonds Are A Girl's Best Friend" na czele.
7/10
01-09-2020, 12:25 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-09-2020, 12:32 przez Kryst_007.)





