Control Corbijna z 2007.
Nic ponad biograficzną przeciętność. Curtis jest tu płaski, mało interesujący, wręcz irytujący. Nie oczekuję, że reżyser podstawi mi wszystko pod nos i nie pozostawi pola do przemyśleń, ale nie zdzierżę płaskiego bohatera, tym bardziej w filmie o takiej postaci. Przydałoby się więcej głębi, szczegółów, (nomen omen) kontroli. Mamy więc utalentowanego dzieciaka, który nie dorósł do swoich lat (nie wierzę, że Curtis był taki jednowymiarowy), któremu reżyser nie poświęcił wystarczającej uwagi i dwa niedogotowane wątki, to znaczy sztampowe problemy małżeńskie oraz zespół, którego członkowie służą za tło, czasem rzucając tylko jakimś zabawnym tekstem (wiem, że to film o Curtisie a nie o JD, ale i tutaj można było pokazać więcej). Największe plusy - dobór aktorów (świetny casting, bo odtwórcy prócz Kebella tacy sobie) i muzyka (Bowie i Roxy Music, bo za Joy Division nie przepadam). 5-6/10
Widziałem też ostatnio Gandhiego. Wyjdę na Smerfa Marudę, bo nie byłem zachwycony. Kingsley jest tu znakomity, wręcz urodził się do tej roli (co ciekawe kiedyś wyglądał bardziej indyjsko niż obecnie), realizacja poraża rozmachem, pięknem i dbałością o szczegóły, ale film z czasem przynudza. No i tyle, nie mogę powiedzieć więcej - po prostu wybornie nakręcone dzieło o interesującej postaci z rewelacyjną kreacją i niezłą, momentami wlekącą się historią. 6/10
Nic ponad biograficzną przeciętność. Curtis jest tu płaski, mało interesujący, wręcz irytujący. Nie oczekuję, że reżyser podstawi mi wszystko pod nos i nie pozostawi pola do przemyśleń, ale nie zdzierżę płaskiego bohatera, tym bardziej w filmie o takiej postaci. Przydałoby się więcej głębi, szczegółów, (nomen omen) kontroli. Mamy więc utalentowanego dzieciaka, który nie dorósł do swoich lat (nie wierzę, że Curtis był taki jednowymiarowy), któremu reżyser nie poświęcił wystarczającej uwagi i dwa niedogotowane wątki, to znaczy sztampowe problemy małżeńskie oraz zespół, którego członkowie służą za tło, czasem rzucając tylko jakimś zabawnym tekstem (wiem, że to film o Curtisie a nie o JD, ale i tutaj można było pokazać więcej). Największe plusy - dobór aktorów (świetny casting, bo odtwórcy prócz Kebella tacy sobie) i muzyka (Bowie i Roxy Music, bo za Joy Division nie przepadam). 5-6/10
Widziałem też ostatnio Gandhiego. Wyjdę na Smerfa Marudę, bo nie byłem zachwycony. Kingsley jest tu znakomity, wręcz urodził się do tej roli (co ciekawe kiedyś wyglądał bardziej indyjsko niż obecnie), realizacja poraża rozmachem, pięknem i dbałością o szczegóły, ale film z czasem przynudza. No i tyle, nie mogę powiedzieć więcej - po prostu wybornie nakręcone dzieło o interesującej postaci z rewelacyjną kreacją i niezłą, momentami wlekącą się historią. 6/10
27-10-2020, 19:58





