Sprawa Kramerów (1979)
Powtórka po paru ładnych latach. W sumie za drugim razem dostrzegłem jak ładnie ten film przedstawia problem rodzicielstwa.
Podoba mi się tutaj przemiana głównego bohatera - zapracowany i ciągle nieobecny w domu tatuś zaczyna dostrzegać wskutek rozwodu co dla niego w rzeczywistości jest ważniejsze. Nie jest to jakoś oklepanie, ani ckliwie przedstawione i czuję, że Benton ma zielone pojęcie o relacjach ojców z dziećmi. Mile mnie zaksakuje, że nie ma tutaj takiej jednostronności jak w przypadku naszego polskiego "Tato", gdzie kobieta jest ucieleśnieniem wszelkiego zła. Oczywiście, można mieć niby żal do postaci matki o to, że tak nagle porzuca synka, ale po jakimś czasie... widzę w niej faktycznie nieszczęśliwą kobietę, wówczas podłamaną całą tą sytuacją i niezdolną do opieki nad dzieckiem. No i podobnie jak zeszłoroczne "Marriage Story" ten film udowadnia, że zawód adwokata polega głównie na skurwysyństwie i prowokowaniu wrogiego nastawienia ;)
Pisało się to już wielokrotnie, ale... wielkie role Hoffmana i Streep. Szczególnie tą drugą przyjemność oglądać na ekranie lata przed nadużywaniem trybu "give me the Oscar" i chyba takiej autentycznie budzącej emocje kreacji już od niej teraz nie zobaczę. Nawet jeśli na ten triumf nad "Czasem apokalipsy" nie do końca zasłużył to nawet rozumiem za co te Oscary. No dobra - ta statuetka za reżyserię kosztem Coppoli faktycznie podchodzi pod WTF, ale reszta jest dla mnie daleka od największych wpadek.
8/10
Powtórka po paru ładnych latach. W sumie za drugim razem dostrzegłem jak ładnie ten film przedstawia problem rodzicielstwa.
Podoba mi się tutaj przemiana głównego bohatera - zapracowany i ciągle nieobecny w domu tatuś zaczyna dostrzegać wskutek rozwodu co dla niego w rzeczywistości jest ważniejsze. Nie jest to jakoś oklepanie, ani ckliwie przedstawione i czuję, że Benton ma zielone pojęcie o relacjach ojców z dziećmi. Mile mnie zaksakuje, że nie ma tutaj takiej jednostronności jak w przypadku naszego polskiego "Tato", gdzie kobieta jest ucieleśnieniem wszelkiego zła. Oczywiście, można mieć niby żal do postaci matki o to, że tak nagle porzuca synka, ale po jakimś czasie... widzę w niej faktycznie nieszczęśliwą kobietę, wówczas podłamaną całą tą sytuacją i niezdolną do opieki nad dzieckiem. No i podobnie jak zeszłoroczne "Marriage Story" ten film udowadnia, że zawód adwokata polega głównie na skurwysyństwie i prowokowaniu wrogiego nastawienia ;)
Pisało się to już wielokrotnie, ale... wielkie role Hoffmana i Streep. Szczególnie tą drugą przyjemność oglądać na ekranie lata przed nadużywaniem trybu "give me the Oscar" i chyba takiej autentycznie budzącej emocje kreacji już od niej teraz nie zobaczę. Nawet jeśli na ten triumf nad "Czasem apokalipsy" nie do końca zasłużył to nawet rozumiem za co te Oscary. No dobra - ta statuetka za reżyserię kosztem Coppoli faktycznie podchodzi pod WTF, ale reszta jest dla mnie daleka od największych wpadek.
8/10
29-10-2020, 21:53 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-10-2020, 21:56 przez Kryst_007.)






