My Bloody Valentine (2009) - oryginał lepszy. Remake wygrywa gołą panienką i fajnym, efektownym trikiem w finale, gdy badguy rozpieprza żarówki i na jedną, jedyną klatkę widać postać sprzed lat. A reszta? Średnia, z kiepskimi i wymuszonymi efektami 3d, które ranią oczy (hehehe) i bzdurną fabułką oraz takąż grą aktorską. Na wielki minus Jensen Ackles, który zbyt mocno kojarzy mi się jako Dean Winchester i nie mogłem go traktować poważnie. 4/10
E:
Wij (1967) to trzydziesty pierwszy i zarazem ostatni film, jaki obejrzałem z okazji październikowego maratonu grozy. Trochę czasu spędziłem szukając czegoś odpowiedniego, innego niż dotychczas, przeglądałem różne rankingi i polecanki internetowe, aż w końcu trafiłem na tę radziecką perełkę sprzed pół wieku. Obawy miałem ogromne, bo choć amerykańskie horrory z tychże lat mają swój urok, zasłużone miejsce w historii, jakość i tak dalej, w przypadku ZSRR nie wiedziałem czego się spodziewać. Obstawiałem jakąś ramotkę. Albo coś ledwo poprawnego.
A dostałem zajebisty, klimatyczny film fantasy z nutą grozy, nasuwający aż nazbyt oczywiste skojarzenia z wiedźminem; mała wioseczka, świątynia (w sensie cerkiew), zgon dziewczyny i prośba zrozpaczonego ojca, by jeden z duchownych odprawiał przez trzy noce modły nad zmarłą. I tyle. Znaczna część filmu to lekka i przyjemna opowiastka o młodym studencie seminarium, który nie do końca chce robić swoje i dopiero pod sam koniec ruskie pokazują swoje pazurki. Co to się tam dzieje! Czego tam nie ma! Duchy, szkielety, potwory, monstra, wampiry, wilkołaki, tytułowy wij! Cudo panie, cudo.
Oczywiście trzeba przymknąć oko na niedociągnięcia, ale i tak warto dla samego finału to obejrzeć.
![[Obrazek: image-w1280.jpg?1582385425]](https://assets.mubicdn.net/images/film/15942/image-w1280.jpg?1582385425)
Pani wiedźma pozdrawia.
E:
Wij (1967) to trzydziesty pierwszy i zarazem ostatni film, jaki obejrzałem z okazji październikowego maratonu grozy. Trochę czasu spędziłem szukając czegoś odpowiedniego, innego niż dotychczas, przeglądałem różne rankingi i polecanki internetowe, aż w końcu trafiłem na tę radziecką perełkę sprzed pół wieku. Obawy miałem ogromne, bo choć amerykańskie horrory z tychże lat mają swój urok, zasłużone miejsce w historii, jakość i tak dalej, w przypadku ZSRR nie wiedziałem czego się spodziewać. Obstawiałem jakąś ramotkę. Albo coś ledwo poprawnego.
A dostałem zajebisty, klimatyczny film fantasy z nutą grozy, nasuwający aż nazbyt oczywiste skojarzenia z wiedźminem; mała wioseczka, świątynia (w sensie cerkiew), zgon dziewczyny i prośba zrozpaczonego ojca, by jeden z duchownych odprawiał przez trzy noce modły nad zmarłą. I tyle. Znaczna część filmu to lekka i przyjemna opowiastka o młodym studencie seminarium, który nie do końca chce robić swoje i dopiero pod sam koniec ruskie pokazują swoje pazurki. Co to się tam dzieje! Czego tam nie ma! Duchy, szkielety, potwory, monstra, wampiry, wilkołaki, tytułowy wij! Cudo panie, cudo.
Oczywiście trzeba przymknąć oko na niedociągnięcia, ale i tak warto dla samego finału to obejrzeć.
![[Obrazek: image-w1280.jpg?1582385425]](https://assets.mubicdn.net/images/film/15942/image-w1280.jpg?1582385425)
Pani wiedźma pozdrawia.
30-10-2020, 22:56 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-10-2020, 19:43 przez raven.second.)





