A Field In England
Do obejrzenia na haju, bo Wheatley poszedł jeszcze bardziej w psychodeliki niż podczas kręcenia Kill List. Rzecz niepozorna, nakręcona przy użyciu minimum środków i z garstką aktorów, ale zaskakująco udana realizacyjnie - reżyser nie tylko nie odwalił pańszczyzny, ale skomponował kilka świetnych scen. Monochrom plus statyczne kadry i ambienty w tle ślicznie oddziałują na zjarany łeb, zwłaszcza motyw z namiotem z przygrywającym:
Fabułę można streścić dość krótko, a wszystko rozbija się o alegorie. Może kiedyś poczytam o tym więcej, ewentualnie zrobię powtórkę na trzeźwo, bo za pierwszym razem dałem się pochłonąć klimatowi. Aktorsko bardzo dobrze, chociaż w obsadzie nojnejmy, na deser piękna angielszczyzna z minionej epoki doprawiona garścią bluzgów, szczypta flaków z rozrywanego ciała i dwa penisy (męskie).
Bez oceny, bo oglądając innym razem mógłby po mnie spłynąć - na takie filmy jest określony czas, miejsce i okoliczności. Polecam wszakże każdemu, bo 90 minut to niewiele, a może zaskoczy. Powinno się spodobać zwłaszcza tym, którzy (jak ja) bardzo lubią The Lighthouse. Punkty wspólne nie kończą się na palecie barw, to rzeczywiście podobne dzieła.
Do obejrzenia na haju, bo Wheatley poszedł jeszcze bardziej w psychodeliki niż podczas kręcenia Kill List. Rzecz niepozorna, nakręcona przy użyciu minimum środków i z garstką aktorów, ale zaskakująco udana realizacyjnie - reżyser nie tylko nie odwalił pańszczyzny, ale skomponował kilka świetnych scen. Monochrom plus statyczne kadry i ambienty w tle ślicznie oddziałują na zjarany łeb, zwłaszcza motyw z namiotem z przygrywającym:
Fabułę można streścić dość krótko, a wszystko rozbija się o alegorie. Może kiedyś poczytam o tym więcej, ewentualnie zrobię powtórkę na trzeźwo, bo za pierwszym razem dałem się pochłonąć klimatowi. Aktorsko bardzo dobrze, chociaż w obsadzie nojnejmy, na deser piękna angielszczyzna z minionej epoki doprawiona garścią bluzgów, szczypta flaków z rozrywanego ciała i dwa penisy (męskie).
Bez oceny, bo oglądając innym razem mógłby po mnie spłynąć - na takie filmy jest określony czas, miejsce i okoliczności. Polecam wszakże każdemu, bo 90 minut to niewiele, a może zaskoczy. Powinno się spodobać zwłaszcza tym, którzy (jak ja) bardzo lubią The Lighthouse. Punkty wspólne nie kończą się na palecie barw, to rzeczywiście podobne dzieła.
01-12-2020, 19:42





