Kult (1973)
Kolejny klasyk lat 70. nadrobiony i tym razem padło u mnie na film postrzegany jako wzorzec kina o tematyce pogańskiej i który miał być inspiracją dla "Midsommaru" czy nawet "Hot Fuzz".
Zaczyna się niewinnie. Na ekranie widzimy lot nad pięknymi szkockimi górami, a słyszymy urocze wykonanie piosenki Roberta Burnsa. Gdy tylko jednak nasz bohater policjant ląduje, stawia stopę na wyspie i rozpoczyna śledztwo w sprawie zaginięcia nastolatki, to już domyślamy się, że ze społecznością tego miejsca zdecydowanie jest coś nie tak. Zbiorowe uprawianie stosunku w miejscu publicznym, chłopcy śpiewający o mocy nasienia, dziewczynki uczące się w szkole o symboliźmie penisa... Z każdym kolejnym tropem głównego bohatera, człowiek ma wręcz ochotę zrzucić jakąś bombę na tą wyspę i zakończyć tą idyllę.
Co tu dużo pisać - w swoim gatunku ten film to istny ideał. Widz od samego początku jest zainteresowany śledztwem i jest ciekaw do jakiego porąbanego finału ono doprowadzi. Tak jak oglądając "Kieł" Lanthimosa byłem przerażony na samą myśl, że gdzieś mogą istnieć takie pojebane, oddzielone murem od świata zewnętrznego rodziny, tak po "Kulcie" naszło mnie przerażenie, że gdzieś znajduje się tego typu wyspa lub miasto, w którym rządzą takie chore obyczaje. Mało tego film jest naprawdę świetnie zmontowany i wyreżyserowany (moim zdaniem niemalże poziom Polańskiego) oraz ma dwie świetne kreacje aktorskie - Edwarda Woodwarda w roli policjanta i gorliwego chrześcijanina oraz Sir Christophera Lee jako właściciela wyspy i gospodarza obrzędów. Ten drugi podobno zgodził się zagrać za darmo ze względu na problemy finansowe z jakimi borykał się film, za co największy szacun.
9/10
BTW. Remake'u z Cage'm i pszczołami nawet nie tknę kijem przez szmatę. Chyba, że poprzez Nostalgia Critica ;)
Kolejny klasyk lat 70. nadrobiony i tym razem padło u mnie na film postrzegany jako wzorzec kina o tematyce pogańskiej i który miał być inspiracją dla "Midsommaru" czy nawet "Hot Fuzz".
Zaczyna się niewinnie. Na ekranie widzimy lot nad pięknymi szkockimi górami, a słyszymy urocze wykonanie piosenki Roberta Burnsa. Gdy tylko jednak nasz bohater policjant ląduje, stawia stopę na wyspie i rozpoczyna śledztwo w sprawie zaginięcia nastolatki, to już domyślamy się, że ze społecznością tego miejsca zdecydowanie jest coś nie tak. Zbiorowe uprawianie stosunku w miejscu publicznym, chłopcy śpiewający o mocy nasienia, dziewczynki uczące się w szkole o symboliźmie penisa... Z każdym kolejnym tropem głównego bohatera, człowiek ma wręcz ochotę zrzucić jakąś bombę na tą wyspę i zakończyć tą idyllę.
Co tu dużo pisać - w swoim gatunku ten film to istny ideał. Widz od samego początku jest zainteresowany śledztwem i jest ciekaw do jakiego porąbanego finału ono doprowadzi. Tak jak oglądając "Kieł" Lanthimosa byłem przerażony na samą myśl, że gdzieś mogą istnieć takie pojebane, oddzielone murem od świata zewnętrznego rodziny, tak po "Kulcie" naszło mnie przerażenie, że gdzieś znajduje się tego typu wyspa lub miasto, w którym rządzą takie chore obyczaje. Mało tego film jest naprawdę świetnie zmontowany i wyreżyserowany (moim zdaniem niemalże poziom Polańskiego) oraz ma dwie świetne kreacje aktorskie - Edwarda Woodwarda w roli policjanta i gorliwego chrześcijanina oraz Sir Christophera Lee jako właściciela wyspy i gospodarza obrzędów. Ten drugi podobno zgodził się zagrać za darmo ze względu na problemy finansowe z jakimi borykał się film, za co największy szacun.
9/10
BTW. Remake'u z Cage'm i pszczołami nawet nie tknę kijem przez szmatę. Chyba, że poprzez Nostalgia Critica ;)
16-01-2021, 11:58





