Palm Springs - no spoko film. Sam motyw pętli rzeczywiście fajnie wykorzystany, bez większej spiny, bez przekombinowania, wrzucenie w nią więcej niż jednej osoby dodaje świeżości i jednocześnie generuje całkiem ciekawy element dramatyczno-romantyczny. No i właśnie z tym ostatnim mam trochę problem, bo nawet jeśli przyjąć, że całość miała być lekka i bezpretensjonalna, bez przesadnie dramatycznego ciężaru to jednak trochę zabrakło mi lepszej chemii pomiędzy bohaterami. Ta trzecia postać w pętli w sumie kompletnie niepotrzebna, ale jakoś też specjalnie to nie przeszkadza. Pomimo tego rozkroku pomiędzy bardzo lekkim podejściem do tematu a "czymś głębszym" całkiem fajnie się to oglądało. Takie 6/10
Uncle Frank - Balla szanuję za American Beauty i Six Feet Under i w sumie okazuje się, że lubię też motyw homoseksualne w kinie ;), ale to była straszna tandeta. Punkt wyjścia wydawał się spoko - wujek gej, czarna owca w rodzinie jedzie na pogrzeb ojca z bratanicą, z którą jako jedyną w rodzinie czuje nić porozumienia. Nic odkrywczego, ale był jakiś tam potencjał na kino drogi, coming of age, rodzinny dramat. Wielkich oczekiwań nie miałem, ale lepiej napisane mogło się udać. To, że wujek Frank jest oczywiście profesorem literatury w NY a rodzina to oczywiście religijne rednecki jest nawet zabawne, biorąc pod kto film zrobił. Ale Ball wywala się koncertowo - czym dalej film jest coraz mniej subtelny z motywem dramatycznym godnym Ukrytej prawdy. Na plus rzeczywiście rola Bettany'ego. Ale mimo, że bratanica też nieźle zagrana to ich relacja zapowiadała się na początku dużo lepiej. Słabizna. 3/10.
Lovers Rock - daje tutaj przy okazji, bo niby telewizyjna miniseria (Small Axe), ale fabularnie niepowiązana a ten akurat odcinek pojawiał się często na listach podsumowujących filmowy rok 2020. Fabułę można opisać jednym zdaniem - podczas domówki w Londynie zorganizowanej przez imigrantów z Karaibów dziewczyna poznaje chłopaka. I to ta impreza jest w sumie ważniejszym bohaterem niż jej uczestnicy. Większość filmu to po prostu scena taneczna. Bohaterowie nawet za wiele nie rozmawiają, równie dobrze film mógłby się nie skupiać akurat na nich i efekt byłby w moim odczuciu podobny. I w sumie nie skupia, bo kamera niekonieczne trzyma się tej dwójki. McQueen trochę mnie zniechęcił tym nieszczęsnym 12 Years a Slave, ale to bardzo dobry reżyser i jak wchodzi z kamerą w roztańczony tłum to potrafi zahipnotyzować. W trakcie seansu zwątpiłem czy Small Axe nie stanowi jednak fabularnie jednej całości a ten odcinek jest takim muzycznym przerywnikiem z bohaterami, których poznajemy wcześniej i towarzyszymy później. Nie jest, ale to w sumie nie problem. Bez szału, ale 6/10 mogę dać.
Uncle Frank - Balla szanuję za American Beauty i Six Feet Under i w sumie okazuje się, że lubię też motyw homoseksualne w kinie ;), ale to była straszna tandeta. Punkt wyjścia wydawał się spoko - wujek gej, czarna owca w rodzinie jedzie na pogrzeb ojca z bratanicą, z którą jako jedyną w rodzinie czuje nić porozumienia. Nic odkrywczego, ale był jakiś tam potencjał na kino drogi, coming of age, rodzinny dramat. Wielkich oczekiwań nie miałem, ale lepiej napisane mogło się udać. To, że wujek Frank jest oczywiście profesorem literatury w NY a rodzina to oczywiście religijne rednecki jest nawet zabawne, biorąc pod kto film zrobił. Ale Ball wywala się koncertowo - czym dalej film jest coraz mniej subtelny z motywem dramatycznym godnym Ukrytej prawdy. Na plus rzeczywiście rola Bettany'ego. Ale mimo, że bratanica też nieźle zagrana to ich relacja zapowiadała się na początku dużo lepiej. Słabizna. 3/10.
Lovers Rock - daje tutaj przy okazji, bo niby telewizyjna miniseria (Small Axe), ale fabularnie niepowiązana a ten akurat odcinek pojawiał się często na listach podsumowujących filmowy rok 2020. Fabułę można opisać jednym zdaniem - podczas domówki w Londynie zorganizowanej przez imigrantów z Karaibów dziewczyna poznaje chłopaka. I to ta impreza jest w sumie ważniejszym bohaterem niż jej uczestnicy. Większość filmu to po prostu scena taneczna. Bohaterowie nawet za wiele nie rozmawiają, równie dobrze film mógłby się nie skupiać akurat na nich i efekt byłby w moim odczuciu podobny. I w sumie nie skupia, bo kamera niekonieczne trzyma się tej dwójki. McQueen trochę mnie zniechęcił tym nieszczęsnym 12 Years a Slave, ale to bardzo dobry reżyser i jak wchodzi z kamerą w roztańczony tłum to potrafi zahipnotyzować. W trakcie seansu zwątpiłem czy Small Axe nie stanowi jednak fabularnie jednej całości a ten odcinek jest takim muzycznym przerywnikiem z bohaterami, których poznajemy wcześniej i towarzyszymy później. Nie jest, ale to w sumie nie problem. Bez szału, ale 6/10 mogę dać.
04-02-2021, 19:31 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-02-2021, 19:42 przez PropJoe.)





