Chicago (2002) - Tak się zastanawiam, co było wyjątkowego w tym filmie, że królował na Oscarach 2003 i jedyne wytłumaczenie jakie mi się nasuwa to ówczesny power Weinsteina. Ani ten film nic specjalnego nie wnosi do gatunku musicali, ani też nie czuć w nim specjalnie jakiejś nostalgii. Fabularnie sprawdza się właściwie jedynie jako nadal aktualna satyra na media, które potrafią każdego wykreować na celebrytę. Nie potrafiłem też trzymać strony głównej bohaterki, będącej mało rozgarniętą idiotką. Z kolei jej mąż - BOŻSZEEEE... Ja rozumiem, że zdarzają się na tym świecie naiwni ludzie, ale takiego frajera jak on, to nawet pięciolatek by wyprowadził w pole. Co do aktorstwa - Gere dostaje grubymi nićmi szyty materiał i z jego możliwościami aktorskimi efekt wychodzi nijaki, Latifah IMO za młoda do roli typowej "cioteczki" względem głównych bohaterek, Zeta-Jones faktycznie najlepsza z obsady. 5/10
McCabe i pani Miller (1971) - Klasyka antywesternu. Zamiast słońca deszcz lub śnieg, a zamiast piasku - błoto. Już od pierwszej sceny, gdy główny bohater przybywa do miasteczka urzekł mnie ten klimat osadzonego wśród drzew szarego zadupia. Innym co czyni ten film tak bardzo wyjątkowym względem innych obrazów Dzikiego Zachodu jest ta poetycka otoczka. Altman świetnie tu przedstawia historię konfliktu człowieka z typowym korpo, okraszając to wszystko wyraźnym widmem melancholii. Największa zasługa jest tu przede wszystkim w tych cudownych balladach Leonarda Cohena (ale mu się głos zmienił przez te wszystkie lata - bez tej jego chrypki absolutnie nie poznałbym, że to on) oraz pięknych przymglonych kadrach Vilmosa Zsigmonda. Jedyna wada? Z pewnością to, że przydałoby się trochę więcej scen poświęconym bohaterom drugoplanowym, bo już polubiłem ten świat prostytutek pełen siostrzanych relacji czy wyluzowanego kowboja, granego przez młodego Keitha Carradine'a. Aż chciałoby się spędzić więcej czasu w takim sympatycznym towarzystwie. 9/10
McCabe i pani Miller (1971) - Klasyka antywesternu. Zamiast słońca deszcz lub śnieg, a zamiast piasku - błoto. Już od pierwszej sceny, gdy główny bohater przybywa do miasteczka urzekł mnie ten klimat osadzonego wśród drzew szarego zadupia. Innym co czyni ten film tak bardzo wyjątkowym względem innych obrazów Dzikiego Zachodu jest ta poetycka otoczka. Altman świetnie tu przedstawia historię konfliktu człowieka z typowym korpo, okraszając to wszystko wyraźnym widmem melancholii. Największa zasługa jest tu przede wszystkim w tych cudownych balladach Leonarda Cohena (ale mu się głos zmienił przez te wszystkie lata - bez tej jego chrypki absolutnie nie poznałbym, że to on) oraz pięknych przymglonych kadrach Vilmosa Zsigmonda. Jedyna wada? Z pewnością to, że przydałoby się trochę więcej scen poświęconym bohaterom drugoplanowym, bo już polubiłem ten świat prostytutek pełen siostrzanych relacji czy wyluzowanego kowboja, granego przez młodego Keitha Carradine'a. Aż chciałoby się spędzić więcej czasu w takim sympatycznym towarzystwie. 9/10
09-04-2021, 11:57 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-04-2021, 12:14 przez Qrszon.)





