Swiss Family Robinson – Gdyby nie „Walt Disney presents” powiedziałbym, że to kolejny przygodowy film z tamtych lat. Infantylizm w małych ilościach, jest matka, która dożywa do końca, momentami poważny. Poza tym znakomita realizacja z namacalną scenografią i plenerami, z użyciem prawdziwych zwierząt (niektóre sceny obecnie podpadłyby nawiedzeńcom od praw zwierząt).
Pierwsza połowa ciągnęła jak flaki z olejem, gdzie przebija ten disnejowski lukier, także aktorstwo synów dość toporne, szczególnie najmłodszego będącego tagalogiem ze zwierzęcymi sidekickami. I budowanie chatki przypomina spoofy tego typu filmów. Lepiej się robi, gdy na scenę wkraczają piraci. Stawka się robi większa, pojawiają się konflikty między członkami rodziny, a warunki nie przypominają wesołej przygody. Jest sugestia, że love interest zostałaby przez nich zgwałcona.
Trochę przestrzelono z menażerią, bo można spodziewać, że to tereny Azji, bo są tygrysy i słonie indyjskie. Ale potem są tukany, kondory, zebry i hieny. Cóż, typowa biała ignorancja z tamtych lat z myśleniem "skoro jest dżungla, to wrzućmy wszystkie możliwe zwierzęta nie pochodząc Europy i Ameryki Pn." :).
Przyznam, że początek finału przypomina bardziej odcinek Kapitana Klipera - jak pirat oberwie strzałą, to jedynie w dupę, a jak trafi do jamy tygrysa, to wyskoczy w poszarpanych ciuchach. W rundzie drugiej robi się lepiej, piraci nie robią z siebie idiotów, padają trupy i wygląda bardziej dramatyczniej.
Czytałem, że na Disney+ dostał ostrzeżenie o rasizmu z powodu piratów będących azjatyckiego pochodzenia. Zresztą ten cały „rasizm” sprowadza się do tego, że akcja dzieje w Pd.-Wsch. Azji, więc wiarygodniejsze jest to, że piratami będą autochtoni. No i ich ofiarami są WASP. I kapitan piratów mówi łamanym angielskim. Swoją drogą jestem w szoku, że złego kapitana azjatyckich piratów gra faktyczny Azjata, tak samo jego podwładnych i w miarę odtworzyli jakieś realia, tj. ich okręt to jakaś dżonka.
7/10
Pierwsza połowa ciągnęła jak flaki z olejem, gdzie przebija ten disnejowski lukier, także aktorstwo synów dość toporne, szczególnie najmłodszego będącego tagalogiem ze zwierzęcymi sidekickami. I budowanie chatki przypomina spoofy tego typu filmów. Lepiej się robi, gdy na scenę wkraczają piraci. Stawka się robi większa, pojawiają się konflikty między członkami rodziny, a warunki nie przypominają wesołej przygody. Jest sugestia, że love interest zostałaby przez nich zgwałcona.
Trochę przestrzelono z menażerią, bo można spodziewać, że to tereny Azji, bo są tygrysy i słonie indyjskie. Ale potem są tukany, kondory, zebry i hieny. Cóż, typowa biała ignorancja z tamtych lat z myśleniem "skoro jest dżungla, to wrzućmy wszystkie możliwe zwierzęta nie pochodząc Europy i Ameryki Pn." :).
Przyznam, że początek finału przypomina bardziej odcinek Kapitana Klipera - jak pirat oberwie strzałą, to jedynie w dupę, a jak trafi do jamy tygrysa, to wyskoczy w poszarpanych ciuchach. W rundzie drugiej robi się lepiej, piraci nie robią z siebie idiotów, padają trupy i wygląda bardziej dramatyczniej.
Czytałem, że na Disney+ dostał ostrzeżenie o rasizmu z powodu piratów będących azjatyckiego pochodzenia. Zresztą ten cały „rasizm” sprowadza się do tego, że akcja dzieje w Pd.-Wsch. Azji, więc wiarygodniejsze jest to, że piratami będą autochtoni. No i ich ofiarami są WASP. I kapitan piratów mówi łamanym angielskim. Swoją drogą jestem w szoku, że złego kapitana azjatyckich piratów gra faktyczny Azjata, tak samo jego podwładnych i w miarę odtworzyli jakieś realia, tj. ich okręt to jakaś dżonka.
7/10
17-04-2021, 23:19





