Trochę starego Hollywoodu wpadło mi ostatnio:
Wojna światów (ta z 1953) - Efekty jak na owe czasy dają radę (mimo, że są ujęcia w których widać linki gołym okiem) i tyle. Bohaterowie jak to w tamtejszym kinie rozrywkowym płascy niczym naleśnik i nie da się im kibicować, a niektóre dialogi z perspektywy czasu brzmią wręcz kuriozalnie. Twórcy też nie do końca wiedzieli jak budować napięcie, bo design kosmity zostaje ujawniony już w połowie filmu, podczas gdy w późniejszych scenach jakby udawali, że ten moment nie miał miejsca i nadal traktuje się tych najeźdźców niczym tajemnicę. Ogólnie szanuję, ale nie koniecznie doceniam. Remake Spielberga też mnie nie zachwycił zatem obydwie wersje stawiam na równi. 5/10
Viva Las Vegas (1964) - Każda amerykańska nastolatka lat 60. musiała mieć pewnie plakat tego filmu w swym pokoju. Faktem jest jednak, że gdyby nie wszechobecny kult Elvisa to ten film byłby skazany na zapomnienie całkowite. Bo przecież po odjęciu tych wszystkich jego znakomitych piosenek co nam zostaje? Typowo kiepściutka, pretekstowa fabuła. Scenariusz się tu właściwie kupy nie trzyma i wiele wydarzeń w filmie nie ma wręcz sensu (chociażby sposób w jaki główny bohater traci te swoje pieniądze na kupno silnika). Nawet duet Elvisa i Ann-Margaret rozczarowuje, bo pomiędzy nimi jest zaskakująco mało chemii. W ogóle ani przez moment nie potrafiłem uwierzyć w tą miłość i miałem wrażenie, że głównego bohatera bardziej od kobiety obchodzi ten cały wyścig. Nawet ten "happy end" wstawiony zdecydowanie na odwal i gryzie się z tym, co przed nim widzieliśmy. 3/10
Tęcza Finiana (1968) - Początki Coppoli, czyli wesoły kolorowy musical z Fredem Astaire'm i Petulą Clark dla całej rodziny ;) Chyba nawet najwięksi jego fani nie pamiętają tego filmu i swoją drogą ciekawe, że cztery lata później nakręcił on coś wówczas tak odmiennego, jak "Ojciec chrzestny". Oglądało się nawet sympatycznie i było czuć ten letni wiejski klimat. Piosenki zaskakująco urzekające, aktorzy się dobrze bawią, a Astaire jak siódmy krzyżyk na karku wciąż iskrzy niezłą taneczną energią. To chyba też jedna z tych pierwszych hollywoodzkich produkcji, co coś przemycała temat nietolerancji rasowej, choć pewnie po latach ktoś tam się i tak przywali o ten blackface Keenana Wynna (mimo, że akurat ma tu swoje dobre uzasadnienie). Oczywiście wątek miłosny też tu musiał być. 6/10
Wojna światów (ta z 1953) - Efekty jak na owe czasy dają radę (mimo, że są ujęcia w których widać linki gołym okiem) i tyle. Bohaterowie jak to w tamtejszym kinie rozrywkowym płascy niczym naleśnik i nie da się im kibicować, a niektóre dialogi z perspektywy czasu brzmią wręcz kuriozalnie. Twórcy też nie do końca wiedzieli jak budować napięcie, bo design kosmity zostaje ujawniony już w połowie filmu, podczas gdy w późniejszych scenach jakby udawali, że ten moment nie miał miejsca i nadal traktuje się tych najeźdźców niczym tajemnicę. Ogólnie szanuję, ale nie koniecznie doceniam. Remake Spielberga też mnie nie zachwycił zatem obydwie wersje stawiam na równi. 5/10
Viva Las Vegas (1964) - Każda amerykańska nastolatka lat 60. musiała mieć pewnie plakat tego filmu w swym pokoju. Faktem jest jednak, że gdyby nie wszechobecny kult Elvisa to ten film byłby skazany na zapomnienie całkowite. Bo przecież po odjęciu tych wszystkich jego znakomitych piosenek co nam zostaje? Typowo kiepściutka, pretekstowa fabuła. Scenariusz się tu właściwie kupy nie trzyma i wiele wydarzeń w filmie nie ma wręcz sensu (chociażby sposób w jaki główny bohater traci te swoje pieniądze na kupno silnika). Nawet duet Elvisa i Ann-Margaret rozczarowuje, bo pomiędzy nimi jest zaskakująco mało chemii. W ogóle ani przez moment nie potrafiłem uwierzyć w tą miłość i miałem wrażenie, że głównego bohatera bardziej od kobiety obchodzi ten cały wyścig. Nawet ten "happy end" wstawiony zdecydowanie na odwal i gryzie się z tym, co przed nim widzieliśmy. 3/10
Tęcza Finiana (1968) - Początki Coppoli, czyli wesoły kolorowy musical z Fredem Astaire'm i Petulą Clark dla całej rodziny ;) Chyba nawet najwięksi jego fani nie pamiętają tego filmu i swoją drogą ciekawe, że cztery lata później nakręcił on coś wówczas tak odmiennego, jak "Ojciec chrzestny". Oglądało się nawet sympatycznie i było czuć ten letni wiejski klimat. Piosenki zaskakująco urzekające, aktorzy się dobrze bawią, a Astaire jak siódmy krzyżyk na karku wciąż iskrzy niezłą taneczną energią. To chyba też jedna z tych pierwszych hollywoodzkich produkcji, co coś przemycała temat nietolerancji rasowej, choć pewnie po latach ktoś tam się i tak przywali o ten blackface Keenana Wynna (mimo, że akurat ma tu swoje dobre uzasadnienie). Oczywiście wątek miłosny też tu musiał być. 6/10
21-04-2021, 12:04 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-04-2021, 12:17 przez Qrszon.)





