Ehh... nie miałem najmniejszej ochoty tego oglądać, bo już na etapie zwiastunów mnie odrzucało. Ale te pozytywne opinie mnie zachęciły. Żeby dać równe szanse to nawet powtórzyłem po 20 latach poprzednie aktorskie adaptacje Dalmatyńczyków, które przecież też niczym specjalnym nie były. No i bez zaskoczenia, poza cudownie szarżującą Glenn Close, są raczej kiepskie ('102" są w zasadzie ledwo oglądalne).
Najpierw krótko, bo o pozytywach - zdjęcia i kostiumy - gites, miodzio i majonez. Soundtrack nachalny ale przynajmniej składanka dobra, no i najważniejsze, nie jest to bezduszna kalka niczym gówno od Favreau, ani ideologiczny rak jak syf z Jolie.
Reszta? Zjadliwy film zakanapkowany w chujowym filmie. Gdyby całość była tylko i wyłącznie o Cruelli rywalizującej z Baronową o koronę królowej mody w punkowej stylistyce, zamkniętej w eleganckich 90 minutach, to byłby to lekką ręką najlepszy z tych live action chuj-wie-co od Disneya. Problem w tym, że najpierw musiałem przebrnąć przez godzinę sztampowej historyjki o zagubionej, niezrozumianej duszyczce. A chwilę po tym jak film się wreszcie rozkręcił i nawet mnie oszukał, gdyż zacząłem myśleć, że jest to całkiem niezłe, przyszedł Mark Strong i dojebał tak kurewsko złym twistem, że musiałem spauzować to na 15 minut i poprosić Jacka Danielsa o pomoc aby to dokończyć. To było tak złe, że do końca filmu modliłem się o napisy końcowe.
No i prawdziwą gwiazdą jest tutaj Emma Thompson. Prawdę mówiąc, to ona jest lepszą Cruellą niż Stone, przez co niektóre sceny wypadają wręcz żenująco w wykonaniu tej drugiej. Emma Stone jest... niby ok? Przynajmniej do czasu aż nie próbuje grać "ZłEj CueLLi". Glenn Close, to ona nie jest, bo kilka scen mnie fizycznie wykręciło.
Ale powiedzmy, że jestem dobrej myśli i są to kiepskie dobrego początki. Przynajmniej wszystkie wady wynikają z badziewnego scenariusza, który bądź co bądź, próbuje zrobić coś innego.
Najpierw krótko, bo o pozytywach - zdjęcia i kostiumy - gites, miodzio i majonez. Soundtrack nachalny ale przynajmniej składanka dobra, no i najważniejsze, nie jest to bezduszna kalka niczym gówno od Favreau, ani ideologiczny rak jak syf z Jolie.
Reszta? Zjadliwy film zakanapkowany w chujowym filmie. Gdyby całość była tylko i wyłącznie o Cruelli rywalizującej z Baronową o koronę królowej mody w punkowej stylistyce, zamkniętej w eleganckich 90 minutach, to byłby to lekką ręką najlepszy z tych live action chuj-wie-co od Disneya. Problem w tym, że najpierw musiałem przebrnąć przez godzinę sztampowej historyjki o zagubionej, niezrozumianej duszyczce. A chwilę po tym jak film się wreszcie rozkręcił i nawet mnie oszukał, gdyż zacząłem myśleć, że jest to całkiem niezłe, przyszedł Mark Strong i dojebał tak kurewsko złym twistem, że musiałem spauzować to na 15 minut i poprosić Jacka Danielsa o pomoc aby to dokończyć. To było tak złe, że do końca filmu modliłem się o napisy końcowe.
No i prawdziwą gwiazdą jest tutaj Emma Thompson. Prawdę mówiąc, to ona jest lepszą Cruellą niż Stone, przez co niektóre sceny wypadają wręcz żenująco w wykonaniu tej drugiej. Emma Stone jest... niby ok? Przynajmniej do czasu aż nie próbuje grać "ZłEj CueLLi". Glenn Close, to ona nie jest, bo kilka scen mnie fizycznie wykręciło.
Ale powiedzmy, że jestem dobrej myśli i są to kiepskie dobrego początki. Przynajmniej wszystkie wady wynikają z badziewnego scenariusza, który bądź co bądź, próbuje zrobić coś innego.
07-06-2021, 01:21





