Grzecznie poczekałem, aż będzie w kinie, no i oto jestem po seansie.
Film rzeczywiście bardziej w stylu "Pacific Rim" i to obu części - do pierwszej części bliżej wizualnie (Hong Kong), do drugiej fabularnie ().
Co mogę powiedzieć - nie ma szału, ale bawiłem się nawet spoko. W sumie przypadło mi do gustu najbardziej z Monsterverse - głupie to, ale rozrywkowe, w przeciwieństwie do dwóch nadętych części "Godzilli", w których na próżno szukać rozrywki ("Wyspa Czaszki" to co innego - była głupia i rozrywkowa, ale nie umiem jej oglądać bez porównywania z "King Kongiem" Jacksona i wtedy ten nowszy film wypada bardzo blado).
Walki wreszcie są czytelne. Jak ktoś idzie na naparzające się potwory, to dostaje naparzające się potwory. Nie ukrywa się tu ich za kłębami dymu, strugami deszczu, śnieżycą i czym tam jeszcze, jak to się działo w poprzednich "Godzillach". Same starcia gigantów mogą się podobać. I podobały mi się, choć nie mogę powiedzieć, żeby mnie wgniotły w fotel. To znaczy na pewno wypadły najlepiej spośród filmów z Monsterverse, ale jak już porównać do "Pacific Rim", to słabiej (a przyznam się nieśmiało, że nawet starcia w "Pacific Rim 2" podobały mi się bardziej niż w "Godzilla vs Kong" - ale to pewnie tylko ja tak mam).
Aha, wreszcie ludzkie postacie budziły moją sympatię. Nie są tak bezpłciowe, jak to dotąd bywało - na szczęście nie ma powtórki z "Godzilli" Edwardsa, gdzie po prostu nie dało się przejmować losami pozbawionego osobowości żołnierza i jego pozbawionej osobowości żony-pielęgniarki. Przy "Godzilla vs Kong" akurat nie rozumiem trochę narzekania na postacie, bo wypadły lepiej niż w trzech poprzednich filmach. Myślałem, że gruby dzieciak i gruby Murzyn będą mnie wkurzać, ale w sumie to nie - dzieciak mnie nie irytował, Murzyn może trochę bardziej, ale i tak był do przełknięcia.
Co mi się nie podobało, to nierówny czas ekranowy tytułowych bestii. Jak się robi taki crossover, to warto to jakoś bardziej wyważyć, zapewnić obu przeciwnikom mniej więcej równą uwagę. Tutaj tego nie ma - film opowiada o Kongu, a Godzilla pojawia się od czasu do czasu jedynie na potrzeby walk z małpiszonem. Trochę bieda. Zwłaszcza, że tytuł to "Godzilla vs Kong", a nie "Kong vs Godzilla". W sumie powinno się nazywać "Kong 2", to by najlepiej obrazowało, z czym mamy do czynienia.
Jakby to ode mnie zależało, dodałbym też do filmu jakieś 15 minut, bo miałem wrażenie, że prześlizguje się on po wszystkim zbyt pobieżnie. Nie uwierzycie, że to piszę, bo chyba przy żadnym monster movie w historii nikt nie zgłosił takiego postulatu, ale chciałbym więcej czasu ekranowego dla ludzkich postaci - ot, żeby jakoś pogłębić ich relacje. Co poradzę, fajnie mi się ich oglądało (bardziej w wątku Konga) i zabrakło mi jakiegoś większego zagłębienia się w tych bohaterów i ich interakcje. Wszystko jest takie... no właśnie, pobieżne. Jak to, że, kurde, prawie każdy ma tu jakiś wątek, że ktoś mu zginął (brat, żona, rodzice) - i jest to tak po prostu rzucane jako informacja, z której w sumie niewiele wynika, bo te wątki nie są eksplorowane dalej.
Oprócz tego wydłużyłbym nieco same starcia tytanów. Brakuje mi tu jakiejś podbudowy, jakiegoś napięcia. No właśnie, film totalnie nie ma klimatu. Potwory się spotykają, tłuką się, i wszystkie walki kończą się dość szybko w sposób jakiś taki, no, bezceremonialny. Tak jak "Godzilla" Edwardsa dobrze budował napięcie, tylko nic z tego nie wynikało, bo samych starć nie dane nam było zbytnio zobaczyć, tak tutaj mamy na odwrót - od razu przechodzi się do bitki, bez żadnego budowania napięcia. Jak w tej, znanej ze zwiastunów, scenie, gdy Kong ryczy na kryjącego się pod wodą Godzillę, a ten od razu wyłania się z wody z rykiem. Brakuje tu wszędzie jakiegoś, bo ja wiem, wyczekania, zbudowania klimatu - żebym miał poczucie, że te sceny akcji mają jakąś wagę. Nie ma tu tego - potwory się naparzają, ale walki nie mogą odpowiednio wybrzmieć - nie czuć ani grozy, ani fascynacji, ani ich majestatyczności (to akurat poprzednie filmy dużo lepiej oddawały). Chociaż ta finałowa walka mogła być inaczej zrobiona, ale nie - też rozgrywa się szybko i kończy tak sobie.
Dobrze za to, że nie pozostawiono niedomkniętych wątków i nawet nie zaserwowano żadnej sceny po napisach, dzięki czemu film może robić za pełnoprawny finał serii.
Film rzeczywiście bardziej w stylu "Pacific Rim" i to obu części - do pierwszej części bliżej wizualnie (Hong Kong), do drugiej fabularnie ().
Co mogę powiedzieć - nie ma szału, ale bawiłem się nawet spoko. W sumie przypadło mi do gustu najbardziej z Monsterverse - głupie to, ale rozrywkowe, w przeciwieństwie do dwóch nadętych części "Godzilli", w których na próżno szukać rozrywki ("Wyspa Czaszki" to co innego - była głupia i rozrywkowa, ale nie umiem jej oglądać bez porównywania z "King Kongiem" Jacksona i wtedy ten nowszy film wypada bardzo blado).
Walki wreszcie są czytelne. Jak ktoś idzie na naparzające się potwory, to dostaje naparzające się potwory. Nie ukrywa się tu ich za kłębami dymu, strugami deszczu, śnieżycą i czym tam jeszcze, jak to się działo w poprzednich "Godzillach". Same starcia gigantów mogą się podobać. I podobały mi się, choć nie mogę powiedzieć, żeby mnie wgniotły w fotel. To znaczy na pewno wypadły najlepiej spośród filmów z Monsterverse, ale jak już porównać do "Pacific Rim", to słabiej (a przyznam się nieśmiało, że nawet starcia w "Pacific Rim 2" podobały mi się bardziej niż w "Godzilla vs Kong" - ale to pewnie tylko ja tak mam).
Aha, wreszcie ludzkie postacie budziły moją sympatię. Nie są tak bezpłciowe, jak to dotąd bywało - na szczęście nie ma powtórki z "Godzilli" Edwardsa, gdzie po prostu nie dało się przejmować losami pozbawionego osobowości żołnierza i jego pozbawionej osobowości żony-pielęgniarki. Przy "Godzilla vs Kong" akurat nie rozumiem trochę narzekania na postacie, bo wypadły lepiej niż w trzech poprzednich filmach. Myślałem, że gruby dzieciak i gruby Murzyn będą mnie wkurzać, ale w sumie to nie - dzieciak mnie nie irytował, Murzyn może trochę bardziej, ale i tak był do przełknięcia.
Co mi się nie podobało, to nierówny czas ekranowy tytułowych bestii. Jak się robi taki crossover, to warto to jakoś bardziej wyważyć, zapewnić obu przeciwnikom mniej więcej równą uwagę. Tutaj tego nie ma - film opowiada o Kongu, a Godzilla pojawia się od czasu do czasu jedynie na potrzeby walk z małpiszonem. Trochę bieda. Zwłaszcza, że tytuł to "Godzilla vs Kong", a nie "Kong vs Godzilla". W sumie powinno się nazywać "Kong 2", to by najlepiej obrazowało, z czym mamy do czynienia.
Jakby to ode mnie zależało, dodałbym też do filmu jakieś 15 minut, bo miałem wrażenie, że prześlizguje się on po wszystkim zbyt pobieżnie. Nie uwierzycie, że to piszę, bo chyba przy żadnym monster movie w historii nikt nie zgłosił takiego postulatu, ale chciałbym więcej czasu ekranowego dla ludzkich postaci - ot, żeby jakoś pogłębić ich relacje. Co poradzę, fajnie mi się ich oglądało (bardziej w wątku Konga) i zabrakło mi jakiegoś większego zagłębienia się w tych bohaterów i ich interakcje. Wszystko jest takie... no właśnie, pobieżne. Jak to, że, kurde, prawie każdy ma tu jakiś wątek, że ktoś mu zginął (brat, żona, rodzice) - i jest to tak po prostu rzucane jako informacja, z której w sumie niewiele wynika, bo te wątki nie są eksplorowane dalej.
Oprócz tego wydłużyłbym nieco same starcia tytanów. Brakuje mi tu jakiejś podbudowy, jakiegoś napięcia. No właśnie, film totalnie nie ma klimatu. Potwory się spotykają, tłuką się, i wszystkie walki kończą się dość szybko w sposób jakiś taki, no, bezceremonialny. Tak jak "Godzilla" Edwardsa dobrze budował napięcie, tylko nic z tego nie wynikało, bo samych starć nie dane nam było zbytnio zobaczyć, tak tutaj mamy na odwrót - od razu przechodzi się do bitki, bez żadnego budowania napięcia. Jak w tej, znanej ze zwiastunów, scenie, gdy Kong ryczy na kryjącego się pod wodą Godzillę, a ten od razu wyłania się z wody z rykiem. Brakuje tu wszędzie jakiegoś, bo ja wiem, wyczekania, zbudowania klimatu - żebym miał poczucie, że te sceny akcji mają jakąś wagę. Nie ma tu tego - potwory się naparzają, ale walki nie mogą odpowiednio wybrzmieć - nie czuć ani grozy, ani fascynacji, ani ich majestatyczności (to akurat poprzednie filmy dużo lepiej oddawały). Chociaż ta finałowa walka mogła być inaczej zrobiona, ale nie - też rozgrywa się szybko i kończy tak sobie.
Dobrze za to, że nie pozostawiono niedomkniętych wątków i nawet nie zaserwowano żadnej sceny po napisach, dzięki czemu film może robić za pełnoprawny finał serii.
17-06-2021, 13:28 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-06-2021, 13:31 przez al_jarid.)
Spoiler




