Stacja arktyczna Zebra (1968, reż. John Sturges)
Ciekawy przypadek ten film. Tyle jest w nim pozornie fajnych dla mnie rzeczy - ujęcia podwodne, poniosła muzyka Michela Legranda, scenografia łodzi podwodnej, klimaty Zimnej Wojny... a i tak się nudziłem. Nie wiem czego mi tu konkretnie brakowało. Może jakiegoś bardziej angażującego scenariusza lub bardziej charyzmatycznych bohaterów. Ciężko mi to ustalić.
Realizacyjnie to przez większość czasu sprawne rzemiosło, choć i tak są momenty, które trącą dzisiaj myszką na kilometr. Głównie w drugiej połowie rozgrywającej się na powierzchni, czyli styropianowym Biegunie Północnym. Intryga na papierze brzmi całkiem całkiem, ale finalnie przedstawiona jakoś tak bez tego trzymania za jaja. Średnio tu pomaga nawet przyzwoita obsada - Rock Hudson niestety bardziej tu nijaki, jak charyzmatyczny. Nawet jeden z moich ulubionych aktorów tamtej ery, Ernest Borgnine to jako Rusek casting co najmniej dziwaczny. W paru scenach słychać było zresztą jak gubi ten swój "akcent". Z filmów Sturgesa to zdecydowanke bardziej wolę "Siedmiu wspaniałych", "Wielką ucieczkę" (aż sobie powtórzę chętnie) czy "Czarny dzień w Black Rock". Temu to zabrakło po prostu jakiegoś mięsa. Podobno książka dużo lepsza i film trochę partaczy wątki z niej.
5/10
Ciekawy przypadek ten film. Tyle jest w nim pozornie fajnych dla mnie rzeczy - ujęcia podwodne, poniosła muzyka Michela Legranda, scenografia łodzi podwodnej, klimaty Zimnej Wojny... a i tak się nudziłem. Nie wiem czego mi tu konkretnie brakowało. Może jakiegoś bardziej angażującego scenariusza lub bardziej charyzmatycznych bohaterów. Ciężko mi to ustalić.
Realizacyjnie to przez większość czasu sprawne rzemiosło, choć i tak są momenty, które trącą dzisiaj myszką na kilometr. Głównie w drugiej połowie rozgrywającej się na powierzchni, czyli styropianowym Biegunie Północnym. Intryga na papierze brzmi całkiem całkiem, ale finalnie przedstawiona jakoś tak bez tego trzymania za jaja. Średnio tu pomaga nawet przyzwoita obsada - Rock Hudson niestety bardziej tu nijaki, jak charyzmatyczny. Nawet jeden z moich ulubionych aktorów tamtej ery, Ernest Borgnine to jako Rusek casting co najmniej dziwaczny. W paru scenach słychać było zresztą jak gubi ten swój "akcent". Z filmów Sturgesa to zdecydowanke bardziej wolę "Siedmiu wspaniałych", "Wielką ucieczkę" (aż sobie powtórzę chętnie) czy "Czarny dzień w Black Rock". Temu to zabrakło po prostu jakiegoś mięsa. Podobno książka dużo lepsza i film trochę partaczy wątki z niej.
5/10
10-07-2021, 08:48 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-07-2021, 10:11 przez Kryst_007.)





