Ratunku, jestem rybką! – czyli europejskie (dokładnie duńsko-niemieckie) podejście do disnejowskiej formuły. Swego czasu był reklamowany w takim Kaczorze Donaldzie i chciałem pójść do kina, ale coś nie pykło. Obejrzałem dopiero teraz i pozytywnie się zaskoczyłem. To jest przykład niedocenianej animacji, a nie jakiś Stalowy Gigant.
Grupa stereotypowych dzieciaków – główny cool extreme hip kid, gruby kujon i mała słodka siostra trafiają do domu zbzikowanego naukowca i w wyniku zażycia mikstury zmieniają w stworzenia wodne. Tą samą miksturę próbuje ryba imieniem Joe zyskując inteligencję i ciągoty totalitarne. Standardowa fabuła dla dzieci.
Szkoda, że nie widziałem w momencie premiery, bo pewnie bym polubił. Przede wszystkim animacja jest prześliczna – jak u Disneya z najlepszych lat. Byłem oniemały wysokim poziomem. Co chwila ładne skomponowane kadry, montaż stosowanie filtrów, a także kreatywne pokazanie odczuwania przemiany. Nawet elementy CGI niespecjalnie się zestarzały. Szkoda, że animacja 2D i na starym kontynencie niemal wymarła.
Klimatycznie jest to nadal familiada, jednak w przeciwieństwie do amerykańskiego podejścia nie ma uciekania w żenujący humor, comic reliefów nie uświadczono, powiedziałbym, że jest nieco ponury (jednak bez popadania w przesadę), co objawia się m.in. poprzez stonowaną kolorystykę. I zaskoczyło mnie jaki jest brutalny - np. krab łazi po piachu i zjada go rekin i przy kęsach rozpływa się czerwona krew. Albo jak Fly dostaje szczypcem w gębę, to tryska mu jucha. W USA już byłoby to PG-13 (albo cenzura). I po owym oberwaniu Fly w finale jest dosłownie półmartwy i w każdej chwili może umrzeć. Przez co banał pt. „wszyscy myślą, że nie żyje” w tym wypadku ma uzasadnienie.
Fabularnie też jest OK i potrafi zaskakiwać. Gruba ciotka mająca opiekować bohaterów, z początku to sprawia wrażenie typowej snobistycznej gruba baby i wypisz wymaluj wygląda pani Priselius z animowanej Pippi Langstrumpf, potem okazuje się, że nie. W jednej scenie obwinia się o zaginięcie dzieciaków i mówi, że nie zasługuje na przebaczenie. Joe to świetny antagonista i spokojnie nadawałby się na disneyowskiego złoczyńcę. Jest płaski i ma oklepaną motywację, ale nadrabia złolskim urokiem.
Niestety zdecydowali wprowadzić numery muzyczne, które pasują jak pięść do nosa. Europejczycy - nie musicie aż tak małpować Amerykanów. I w fabule dużo nacisku jest kładziony limit czasu mikstury - jeśli w ciągu 48 godzin bohaterowie nie zażyją antidotum, to zostaną rybami na zawsze. Nie odczułem tego, a w finale to montażysta przeciąga 3 minuty w jakieś 8 minut :P.
Piosenka tytułowa tak bije okresem przełomu XX/XX wieku, że człowiek automatycznie chce się włączyć jakąś wakacyjną playlistę.
Polski dubbing jak zwykle bez zarzutu. Warto obejrzeć tą wersję dla Mariana Opanii jako Joego. Przecierałem uszy ze zdumienia, gdyż z dubbingu to kojarzyłem go jedynie z tych śmiesznych ról – Hugo z Dzwonnika z Notre Dame czy Waltera Melona. To chyba jego najlepsza rola głosowa.
8,5/10
Grupa stereotypowych dzieciaków – główny cool extreme hip kid, gruby kujon i mała słodka siostra trafiają do domu zbzikowanego naukowca i w wyniku zażycia mikstury zmieniają w stworzenia wodne. Tą samą miksturę próbuje ryba imieniem Joe zyskując inteligencję i ciągoty totalitarne. Standardowa fabuła dla dzieci.
Szkoda, że nie widziałem w momencie premiery, bo pewnie bym polubił. Przede wszystkim animacja jest prześliczna – jak u Disneya z najlepszych lat. Byłem oniemały wysokim poziomem. Co chwila ładne skomponowane kadry, montaż stosowanie filtrów, a także kreatywne pokazanie odczuwania przemiany. Nawet elementy CGI niespecjalnie się zestarzały. Szkoda, że animacja 2D i na starym kontynencie niemal wymarła.
Klimatycznie jest to nadal familiada, jednak w przeciwieństwie do amerykańskiego podejścia nie ma uciekania w żenujący humor, comic reliefów nie uświadczono, powiedziałbym, że jest nieco ponury (jednak bez popadania w przesadę), co objawia się m.in. poprzez stonowaną kolorystykę. I zaskoczyło mnie jaki jest brutalny - np. krab łazi po piachu i zjada go rekin i przy kęsach rozpływa się czerwona krew. Albo jak Fly dostaje szczypcem w gębę, to tryska mu jucha. W USA już byłoby to PG-13 (albo cenzura). I po owym oberwaniu Fly w finale jest dosłownie półmartwy i w każdej chwili może umrzeć. Przez co banał pt. „wszyscy myślą, że nie żyje” w tym wypadku ma uzasadnienie.
Fabularnie też jest OK i potrafi zaskakiwać. Gruba ciotka mająca opiekować bohaterów, z początku to sprawia wrażenie typowej snobistycznej gruba baby i wypisz wymaluj wygląda pani Priselius z animowanej Pippi Langstrumpf, potem okazuje się, że nie. W jednej scenie obwinia się o zaginięcie dzieciaków i mówi, że nie zasługuje na przebaczenie. Joe to świetny antagonista i spokojnie nadawałby się na disneyowskiego złoczyńcę. Jest płaski i ma oklepaną motywację, ale nadrabia złolskim urokiem.
Niestety zdecydowali wprowadzić numery muzyczne, które pasują jak pięść do nosa. Europejczycy - nie musicie aż tak małpować Amerykanów. I w fabule dużo nacisku jest kładziony limit czasu mikstury - jeśli w ciągu 48 godzin bohaterowie nie zażyją antidotum, to zostaną rybami na zawsze. Nie odczułem tego, a w finale to montażysta przeciąga 3 minuty w jakieś 8 minut :P.
Piosenka tytułowa tak bije okresem przełomu XX/XX wieku, że człowiek automatycznie chce się włączyć jakąś wakacyjną playlistę.
Polski dubbing jak zwykle bez zarzutu. Warto obejrzeć tą wersję dla Mariana Opanii jako Joego. Przecierałem uszy ze zdumienia, gdyż z dubbingu to kojarzyłem go jedynie z tych śmiesznych ról – Hugo z Dzwonnika z Notre Dame czy Waltera Melona. To chyba jego najlepsza rola głosowa.
8,5/10
02-08-2021, 22:49





