Ostatnio mnie coś wzięło na te kultowe stare musicale MGM, więc ostatnio nadrobiłem sobie dwa. Tak się składa, że obydwa od Vincente Minnelliego.
Wszyscy na scenę (1953)
Fred Astaire jako wygasła gwiazda filmowa, która próbuje ratować swoją karierę występem w teatrze, ale reżyser zamiast wesołego musicalu chce z historii zrobić współczesnego "Fausta" i w tym momencie wszystko się wali. Fabuła to właściwie okazuje się pretekstem dla tych wszystkich wspaniałych numerów tanecznych, mimo że wkrada się tu też trochę satyry na teatralnych "wielkich artystów". Jednak kogo ona tu obchodzi, skoro tym co głównie się liczy są Fred Astaire i Cyd Charisse. Naprawdę trudno przecenić ich umiejętności taneczne i to co taki Astaire wyprawia ze swoimi nogami jest nie do opisania.
Pod względem technicznym też daję radę po tych blisko 70 latach - takie elementy jak scenografia czy muzyka nie ustępują sławniejszej "Deszczowej piosence". Podobnie jak w filmie z Kelly'm jest też pod koniec dłuższa sekwencja taneczna z własną fabułą (Astaire jako detektyw prowadzący śledztwo) i także plastycznie pomysłowa. No i z pewnością jeden z wielu tych musicali, które ekipa "La La Landu" musiała oglądać przed wejściem na plan. Chazelle na pewno miał w głowie poniższą sekwencję, gdy kręcił tą najbardziej znaną scenę ze swojego filmu.
7/10
Brigadoon (1954)
Fabularnie może nie jest tak pretekstowo jak w poprzednim musicalu Minnelliego, ale jest bardziej miałko - Gene Kelly wraz z kumplem trafia do szkockiej XVIII-wiecznej wioski i tam z miejsca się zakochuje w miejscowej dziewczynie. Naiwne to jak nie wiem, szczególnie gdy zwróci się uwagę, że parą gołąbeczków stają się dosłownie po chwili znajomości. I w tym przypadku historia jest w cieniu numerów musicalowych, choć tutaj nie robią one akurat aż takiego wrażenia, a niektóre wręcz przynudzały mnie niemiłosiernie.
Kelly i Charisse jak zwykle imponują tańcem, natomiast Van Johnson jako gburowaty kumpel Kelly'ego jest momentami naprawdę zabawny i kradnie film całej reszcie. Najlepiej sprawuje się scenografia imitująca szkockie plenery (osobiście zwróciło moją uwagę, jak naturalnie wygląda trawa mimo warunków hali zdjęciowej) i w tym całym CinemaScopie prezentuje się naprawdę korzystnie. Te otwierające ujęcia ukazujące "okolice" wioski naprawdę dają klimatem - to się nazywa magia wytwornicy mgły :) Oczywiście musiało się skończyć happy endem, bo wiadomo - "Made in Hollywood", tyle że tutaj jest tak sztucznie naciągnięty i marnie rozwiązany, że aż niefajnie.
5/10
Wszyscy na scenę (1953)
Fred Astaire jako wygasła gwiazda filmowa, która próbuje ratować swoją karierę występem w teatrze, ale reżyser zamiast wesołego musicalu chce z historii zrobić współczesnego "Fausta" i w tym momencie wszystko się wali. Fabuła to właściwie okazuje się pretekstem dla tych wszystkich wspaniałych numerów tanecznych, mimo że wkrada się tu też trochę satyry na teatralnych "wielkich artystów". Jednak kogo ona tu obchodzi, skoro tym co głównie się liczy są Fred Astaire i Cyd Charisse. Naprawdę trudno przecenić ich umiejętności taneczne i to co taki Astaire wyprawia ze swoimi nogami jest nie do opisania.
Pod względem technicznym też daję radę po tych blisko 70 latach - takie elementy jak scenografia czy muzyka nie ustępują sławniejszej "Deszczowej piosence". Podobnie jak w filmie z Kelly'm jest też pod koniec dłuższa sekwencja taneczna z własną fabułą (Astaire jako detektyw prowadzący śledztwo) i także plastycznie pomysłowa. No i z pewnością jeden z wielu tych musicali, które ekipa "La La Landu" musiała oglądać przed wejściem na plan. Chazelle na pewno miał w głowie poniższą sekwencję, gdy kręcił tą najbardziej znaną scenę ze swojego filmu.
7/10
Brigadoon (1954)
Fabularnie może nie jest tak pretekstowo jak w poprzednim musicalu Minnelliego, ale jest bardziej miałko - Gene Kelly wraz z kumplem trafia do szkockiej XVIII-wiecznej wioski i tam z miejsca się zakochuje w miejscowej dziewczynie. Naiwne to jak nie wiem, szczególnie gdy zwróci się uwagę, że parą gołąbeczków stają się dosłownie po chwili znajomości. I w tym przypadku historia jest w cieniu numerów musicalowych, choć tutaj nie robią one akurat aż takiego wrażenia, a niektóre wręcz przynudzały mnie niemiłosiernie.
Kelly i Charisse jak zwykle imponują tańcem, natomiast Van Johnson jako gburowaty kumpel Kelly'ego jest momentami naprawdę zabawny i kradnie film całej reszcie. Najlepiej sprawuje się scenografia imitująca szkockie plenery (osobiście zwróciło moją uwagę, jak naturalnie wygląda trawa mimo warunków hali zdjęciowej) i w tym całym CinemaScopie prezentuje się naprawdę korzystnie. Te otwierające ujęcia ukazujące "okolice" wioski naprawdę dają klimatem - to się nazywa magia wytwornicy mgły :) Oczywiście musiało się skończyć happy endem, bo wiadomo - "Made in Hollywood", tyle że tutaj jest tak sztucznie naciągnięty i marnie rozwiązany, że aż niefajnie.
5/10
14-08-2021, 11:40 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-08-2021, 09:21 przez Kryst_007.)





