Gangsterzy i filantropi (1962, reż. Jerzy Hoffman i Edward Skórzewski)
Dwie historyjki, które łączy karetka policyjna i sala sądowa. W pierwszej Holoubek jako charyzmatyczny mastermind organizuje napad na furgon z pieniędzmi, w drugiej - Michnikowski jako zwolniony nauczyciel chemii zaczyna dostawać przy każdej wizycie w restauracjach pliki pieniędzy, dzięki czemu polepsza byt swojej familii.
Fajna zabawa gatunkowa za czasów, gdy Hoffman jeszcze nie specjalizował się w wysokobudżetowych freskach. Co rzadko się w tego typu filmach zdarza - zarówno ta heistowa nowela, jak i komediowa są na swój sposób równie dobre i wciągające. Tą pierwszą ogląda się z wielkim zainteresowaniem głównie ze względu na Holoubka, z którego aż bije orzeźwiający aktorski chłód (kurde, to był Aktor przez duże A), jak i geniusz jego bohatera. Cały ten jego plan jest tak imponująco przemyślany, że nawet karci swoich wspólników za niezwracanie uwagi na detale. Gdybym miał się do czegoś przyczepić to może do tego, że ta nowela jest trochę za krótka i chętnie zobaczyłbym nieco więcej tych przygotowań do skoku. Druga to z kolei dobra satyra na restauratorów czy łapówkarstwo, a tylko przez nieporozumienie w tym wszystkim znalazł się poczciwy mąż i ojciec. I poza rewelacyjnym jak zwykle Michnikowskim warto też z obsady wyróżnić Hankę Bielicką w roli jednej z najbardziej irytujących małżonek pod Słońcem. Takiej, którą na miejscu faceta najchętniej chciałoby się utopić w Wiśle i sobie ulżyć.
Dodam, że z perspektywy dekad film wydaje się mieć także dużą wartość jako kapsuła czasu Warszawy lat 60. Nie wiem czy to magia czerni i bieli, ale kiedyś to była rzeczywiście piękna stolica. Swoją drogą, zwróciłem uwagę jak bardzo dupne zabezpieczenie w tamtych czasach musiała mieć gotówka transportowana do banku. Ludzie, przecież ten furgon nawet nie miał drugiego radiowozu za sobą, więc o napad naprawdę nietrudno. No, chyba że scenarzyści celowo sobie ułatwili robotę tym oto detalem xD
8/10
Dwie historyjki, które łączy karetka policyjna i sala sądowa. W pierwszej Holoubek jako charyzmatyczny mastermind organizuje napad na furgon z pieniędzmi, w drugiej - Michnikowski jako zwolniony nauczyciel chemii zaczyna dostawać przy każdej wizycie w restauracjach pliki pieniędzy, dzięki czemu polepsza byt swojej familii.
Fajna zabawa gatunkowa za czasów, gdy Hoffman jeszcze nie specjalizował się w wysokobudżetowych freskach. Co rzadko się w tego typu filmach zdarza - zarówno ta heistowa nowela, jak i komediowa są na swój sposób równie dobre i wciągające. Tą pierwszą ogląda się z wielkim zainteresowaniem głównie ze względu na Holoubka, z którego aż bije orzeźwiający aktorski chłód (kurde, to był Aktor przez duże A), jak i geniusz jego bohatera. Cały ten jego plan jest tak imponująco przemyślany, że nawet karci swoich wspólników za niezwracanie uwagi na detale. Gdybym miał się do czegoś przyczepić to może do tego, że ta nowela jest trochę za krótka i chętnie zobaczyłbym nieco więcej tych przygotowań do skoku. Druga to z kolei dobra satyra na restauratorów czy łapówkarstwo, a tylko przez nieporozumienie w tym wszystkim znalazł się poczciwy mąż i ojciec. I poza rewelacyjnym jak zwykle Michnikowskim warto też z obsady wyróżnić Hankę Bielicką w roli jednej z najbardziej irytujących małżonek pod Słońcem. Takiej, którą na miejscu faceta najchętniej chciałoby się utopić w Wiśle i sobie ulżyć.
Dodam, że z perspektywy dekad film wydaje się mieć także dużą wartość jako kapsuła czasu Warszawy lat 60. Nie wiem czy to magia czerni i bieli, ale kiedyś to była rzeczywiście piękna stolica. Swoją drogą, zwróciłem uwagę jak bardzo dupne zabezpieczenie w tamtych czasach musiała mieć gotówka transportowana do banku. Ludzie, przecież ten furgon nawet nie miał drugiego radiowozu za sobą, więc o napad naprawdę nietrudno. No, chyba że scenarzyści celowo sobie ułatwili robotę tym oto detalem xD
8/10
23-08-2021, 09:45 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23-08-2021, 10:59 przez Kryst_007.)





