Miecz w kamieniu - Początek nawet obiecujący. Mroczny las, niekreskówkowy wilk, jastrząb atakujący wiewiórkę. Prolog z książką i czołówka ma ładną animację przywodzącą na myśl Śpiącą królewnę.
Przeczytałem, że i Miecz w kamieniu też ma się doczekać live-action remake’u i wyznaczyli już reżysera. I wiecie co? Jestem na tak. Jak Disney ma remake'ować swe animacje, to niech wybiera te, gdzie to ma sens i powiedzenia czegoś nowego. Ponieważ fabuła oryginału to zlepek różnych przygódek i okazji do dreamworksowania z ery Shreka, a jedyną zasługą jest wprowadzenie Wiedźmy Mim, którą kojarzę z całkiem zabawnych komiksów w Kaczorze Donaldzie. Zresztą ona dostaje najlepsze sceny.
Konflikty są tu miałkie. Merlin nagle decyduje, że zostanie korepetytorem Artura (który dopiero wpadł przypadkiem do jego chatki), bo nawdychał się fajki i wtłacza mu naukę w momentach, gdy Artur nie ma czasu i potem musi świecić oczyma przed sir Ectorem. Próbowali nadać konflikt, gdy Merlin strzela focha, że Artur chce być giermkiem zamiast aspirować się do wyższej idei. No, dla mnie bycie rycerzem jest bardziej opłacalne i przynajmniej można bajerować laski zamiast być napastowany przez zboczone wiewiórki :P. Nie, nie szkoda mi tej samiczki. W świecie ludzkim są na to paragrafy. Swoją drogą Ector trochę igra z ogniem goszcząc Merlina w walącej się wieży, gdy przed sekundą pokazał swą potężną magiczną moc :P. I czemu potem sir Ector nie wierzy w historię Artura o rybach, skoro widział na co stać Merlina.
Jak zwykle oglądałem w oryginalnym języku. Voice acting wyjątkowo słaby. Artura dubbinguje aż trzech aktorów i to bezczelnie słychać. W pierwszej scenie Artur jest świeżo po mutacji głosu, gdy szuka strzały. A po chwili gdy trafia do chatki Merlina, to ma głos małego chłopca. A i tam mam wrażenie, że podkładał kolejny aktor przechodzący mutację. Potem w scenie z rybami Artur mówi dziecięcym głosem, a potem dubbinguje go aktor po mutacji, a potem dubbinguje go najmłodszy po głosie. I tak po kolei. Gdy Artura woła sir Ector, to nagle brzmi BAAARDZO nisko jakby był w liceum (co kłoci się z wyglądem), co wybija mocno z rytmu. Albo Artur czyści kotły – piskliwy głos. Po chwili Merlin go zagaduje o wiewiórkach. Artur mówi głosem po mutacji, a po chwili znowu piskliwym głosem. Ech... Disney naprawdę?! Najlepsza wówczas jakościowo wytwórnia animacji i taki babol, którego nawet amatorzy by się wstydzili?! Nie mogliście dać jednego aktora, albo przynajmniej jakoś brzmiących podobnego? Później doczytałem, że trzech różnych aktorów miało niby symbolizować wewnętrzne rozdarcie itp. To przypomina żart z bodajże Benny'ego Hilla: „Co nagła zmiana obrazu na czarno-białą symbolizowała?” „Nic, po prostu skończyła się nam kolorowa taśma”. Przynajmniej jest powód dla nie-Amerykanów, by to oglądać z jakimkolwiek dubbingiem (swoją drogą PRL-owski dubbing to jedyny, który do tej pory nie wylęgł się do czasów obecnych).
Wizualnie to nic specjalnego. Zastosowano tu szkicowy luźny styl ze 101 dalmatyńczyków, gdzie tam się sprawdzał idealnie, jako że film dział się we współczesnej, industrialnej Anglii (która jest najbrzydszym krajem zachodniej Europy), a tu moim zdanie się gryzie. Tła są nudne i zlewające się, a animacja postaci też jakaś nie jest oszałamiająca. Momentami Artur bez powodu wybałusza gały.
Piosenki są tu daremne i polegają, że Merlin coś tam śpiewa.
Generalnie filmy Disneya z lat 60. nie były jakieś wybitne.
4/10
Przeczytałem, że i Miecz w kamieniu też ma się doczekać live-action remake’u i wyznaczyli już reżysera. I wiecie co? Jestem na tak. Jak Disney ma remake'ować swe animacje, to niech wybiera te, gdzie to ma sens i powiedzenia czegoś nowego. Ponieważ fabuła oryginału to zlepek różnych przygódek i okazji do dreamworksowania z ery Shreka, a jedyną zasługą jest wprowadzenie Wiedźmy Mim, którą kojarzę z całkiem zabawnych komiksów w Kaczorze Donaldzie. Zresztą ona dostaje najlepsze sceny.
Konflikty są tu miałkie. Merlin nagle decyduje, że zostanie korepetytorem Artura (który dopiero wpadł przypadkiem do jego chatki), bo nawdychał się fajki i wtłacza mu naukę w momentach, gdy Artur nie ma czasu i potem musi świecić oczyma przed sir Ectorem. Próbowali nadać konflikt, gdy Merlin strzela focha, że Artur chce być giermkiem zamiast aspirować się do wyższej idei. No, dla mnie bycie rycerzem jest bardziej opłacalne i przynajmniej można bajerować laski zamiast być napastowany przez zboczone wiewiórki :P. Nie, nie szkoda mi tej samiczki. W świecie ludzkim są na to paragrafy. Swoją drogą Ector trochę igra z ogniem goszcząc Merlina w walącej się wieży, gdy przed sekundą pokazał swą potężną magiczną moc :P. I czemu potem sir Ector nie wierzy w historię Artura o rybach, skoro widział na co stać Merlina.
Jak zwykle oglądałem w oryginalnym języku. Voice acting wyjątkowo słaby. Artura dubbinguje aż trzech aktorów i to bezczelnie słychać. W pierwszej scenie Artur jest świeżo po mutacji głosu, gdy szuka strzały. A po chwili gdy trafia do chatki Merlina, to ma głos małego chłopca. A i tam mam wrażenie, że podkładał kolejny aktor przechodzący mutację. Potem w scenie z rybami Artur mówi dziecięcym głosem, a potem dubbinguje go aktor po mutacji, a potem dubbinguje go najmłodszy po głosie. I tak po kolei. Gdy Artura woła sir Ector, to nagle brzmi BAAARDZO nisko jakby był w liceum (co kłoci się z wyglądem), co wybija mocno z rytmu. Albo Artur czyści kotły – piskliwy głos. Po chwili Merlin go zagaduje o wiewiórkach. Artur mówi głosem po mutacji, a po chwili znowu piskliwym głosem. Ech... Disney naprawdę?! Najlepsza wówczas jakościowo wytwórnia animacji i taki babol, którego nawet amatorzy by się wstydzili?! Nie mogliście dać jednego aktora, albo przynajmniej jakoś brzmiących podobnego? Później doczytałem, że trzech różnych aktorów miało niby symbolizować wewnętrzne rozdarcie itp. To przypomina żart z bodajże Benny'ego Hilla: „Co nagła zmiana obrazu na czarno-białą symbolizowała?” „Nic, po prostu skończyła się nam kolorowa taśma”. Przynajmniej jest powód dla nie-Amerykanów, by to oglądać z jakimkolwiek dubbingiem (swoją drogą PRL-owski dubbing to jedyny, który do tej pory nie wylęgł się do czasów obecnych).
Wizualnie to nic specjalnego. Zastosowano tu szkicowy luźny styl ze 101 dalmatyńczyków, gdzie tam się sprawdzał idealnie, jako że film dział się we współczesnej, industrialnej Anglii (która jest najbrzydszym krajem zachodniej Europy), a tu moim zdanie się gryzie. Tła są nudne i zlewające się, a animacja postaci też jakaś nie jest oszałamiająca. Momentami Artur bez powodu wybałusza gały.
Piosenki są tu daremne i polegają, że Merlin coś tam śpiewa.
Generalnie filmy Disneya z lat 60. nie były jakieś wybitne.
4/10
14-09-2021, 00:59 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-09-2021, 01:01 przez OGPUEE.)





