Długie pożegnanie (1973, reż. Robert Altman)
Altman przenosi postać Philipa Marlowe w szalone lata 70-te :) Ogląda się całkiem całkiem. Dużo robi tutaj charyzma Elliotta Goulda wchodzącego w buty Bogarta oraz klimat nocnego Los Angeles. Do tego w tle gra jazz, jako sąsiadki młode hipiski ćwiczące jogę topless, a na drodze w śledztwie staje bohaterowi żydowski boss mafii, który pokaleczy twarz swojej ukochanej by zademonstrować do czego to on nie jest zdolny. Czego chcieć więcej?
Już pierwsza sekwencja, w której Marlowe jedzie do nocnego hipermarketu w celu kupna karmy dla głodnego kota (BTW świetny aktor z tego sierściucha) jest pomyślana całkiem sympatycznie, ale dalej wcale nie gorzej. Nadarzają się kolejne okazje dla fajnych bohaterów i dialogów. Spodobała mi się szczególnie postać ochroniarza ćwiczącego impression gwiazd kina. Dostaje on tu zresztą całkiem zabawną scenę, gdy Marlowe wmawia mu że kolejny gość jest fanem Waltera Brennana :) Zaskakującą rolę ma natomiast Sterling Hayden jako pisarz ala Hemmingway - zawsze kojarzył mi się z bardziej stonowanymi rolami (The Killing, Dr. Strangelove), a tu z kolei gra porywczego pijaczynę. Podejrzewam, że Paul Thomas Anderson jako wielbiciel i uczeń Altmana miał ten film na uwadze - szczególnie gdy wyrabiał sobie to charakterystyczne oświetlenie (scena w barze). Bracia Safdie też pewnie kochają to.
8/10
Fun Fact: Arnie na początku swej aktorskiej drogi przewija się w jednej dość pamiętnej scenie jako goryl owego żydowskiego bossa ;)
Altman przenosi postać Philipa Marlowe w szalone lata 70-te :) Ogląda się całkiem całkiem. Dużo robi tutaj charyzma Elliotta Goulda wchodzącego w buty Bogarta oraz klimat nocnego Los Angeles. Do tego w tle gra jazz, jako sąsiadki młode hipiski ćwiczące jogę topless, a na drodze w śledztwie staje bohaterowi żydowski boss mafii, który pokaleczy twarz swojej ukochanej by zademonstrować do czego to on nie jest zdolny. Czego chcieć więcej?
Już pierwsza sekwencja, w której Marlowe jedzie do nocnego hipermarketu w celu kupna karmy dla głodnego kota (BTW świetny aktor z tego sierściucha) jest pomyślana całkiem sympatycznie, ale dalej wcale nie gorzej. Nadarzają się kolejne okazje dla fajnych bohaterów i dialogów. Spodobała mi się szczególnie postać ochroniarza ćwiczącego impression gwiazd kina. Dostaje on tu zresztą całkiem zabawną scenę, gdy Marlowe wmawia mu że kolejny gość jest fanem Waltera Brennana :) Zaskakującą rolę ma natomiast Sterling Hayden jako pisarz ala Hemmingway - zawsze kojarzył mi się z bardziej stonowanymi rolami (The Killing, Dr. Strangelove), a tu z kolei gra porywczego pijaczynę. Podejrzewam, że Paul Thomas Anderson jako wielbiciel i uczeń Altmana miał ten film na uwadze - szczególnie gdy wyrabiał sobie to charakterystyczne oświetlenie (scena w barze). Bracia Safdie też pewnie kochają to.
8/10
Fun Fact: Arnie na początku swej aktorskiej drogi przewija się w jednej dość pamiętnej scenie jako goryl owego żydowskiego bossa ;)
28-09-2021, 17:32 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28-09-2021, 17:57 przez Kryst_007.)





