Marty, triumfator oscarowy z 1955.
Z pewnością najmniej "ostry" skrypt Chayefskiego, ale trudno się dziwić, bo to nie zgryźliwa satyra na telewizję albo służbę zdrowia, tylko kameralny dramat o dwóch samotnikach. Przy okazji opowiastki parce "brzydali" bez szczęścia w miłości przedstawiono trafnie egoizm trawiący najbliższych głównego bohatera - czy to wynikający z obawy o przyszłość i zmiany statusu quo, czy też ze zblazowania i zastygnięcia w powtarzanej z tygodnia na tydzień beznadziei. Podano też od razu oczywistą (choć nie dla wszystkich) receptę - trzeba olać kule u nogi w postaci ludzi, których nie obchodzi twoje szczęścia, tylko zrobić coś przede wszystkim dla swojego dobra.
Historia uproszczona, ale pełna wdzięku i szczerości, a Borgine wypada wyjątkowo sympatycznie (ponoć był z niego spoko gość); dotychczas widziałem go głównie w rolach twardzieli/buraków (Wild Bunch, From Here To Eternity i kilka innych), tutaj świetnie sprawdził się jako poczciwina.
Przyjemny film.
Z pewnością najmniej "ostry" skrypt Chayefskiego, ale trudno się dziwić, bo to nie zgryźliwa satyra na telewizję albo służbę zdrowia, tylko kameralny dramat o dwóch samotnikach. Przy okazji opowiastki parce "brzydali" bez szczęścia w miłości przedstawiono trafnie egoizm trawiący najbliższych głównego bohatera - czy to wynikający z obawy o przyszłość i zmiany statusu quo, czy też ze zblazowania i zastygnięcia w powtarzanej z tygodnia na tydzień beznadziei. Podano też od razu oczywistą (choć nie dla wszystkich) receptę - trzeba olać kule u nogi w postaci ludzi, których nie obchodzi twoje szczęścia, tylko zrobić coś przede wszystkim dla swojego dobra.
Historia uproszczona, ale pełna wdzięku i szczerości, a Borgine wypada wyjątkowo sympatycznie (ponoć był z niego spoko gość); dotychczas widziałem go głównie w rolach twardzieli/buraków (Wild Bunch, From Here To Eternity i kilka innych), tutaj świetnie sprawdził się jako poczciwina.
Przyjemny film.
29-09-2021, 22:03





