Cieszmy się życiem (1938)
Frank Capra o tym, że nie warto być odzianym w drogi garnitur gburem, pozbawionym przyjaciół i wykonującym robotę nie sprawiającą grama przyjemności, tylko uśmiechnąć się i czerpać radość z życia. Niby historyjka strasznie naiwna i przewidywalna od początku do końca, ale skąpana w tym caprowskim uroku, do którego nic tylko mieć słabość.
Jako komedia - ubaw po pachy równie wyborny co przy "Arszeniku i starych koronkach", z kolei jako obyczajówka porusza istotne dla duszy wartości tak jak słynniejsze "To wspaniałe życie". Dialogi jak na tamte mniej wymagające Hollywood są naprawdę wyborne i przeważnie albo niezwykle bawią (dialog o sensie płacenia podatków xD), albo rozgrzewają serducho. Bohaterowie z kolei niesamowicie barwni i przy tym bardzo sympatyczni - aż chce się mieszkać w takim domu, robić co się uwielbia i mieć w dupie jakichś urzędasów. Zaskakuje tutaj Lionel Barrymore w roli poczciwego i lubianego dziadziusia, który swą postawą ratuje sąsiadów przed ulicą - tym bardziej, że 8 lat później w klasyku świątecznym tego samego reżysera zagra kompletne przeciwieństwo tej postaci. Są i w obsadzie dwaj czarnoskórzy służący z czego jeden z nich jest dumny, że żyje na zasiłku i przyznaje, że w areszcie czuje się jak w domu - żaden SJW się nie dorwał do tego tytułu i nie poświęcił owym dwóm skandalicznym zdaniom kilkustronicowego manifestu? ;) Moim ulubieńcem jest jednak rosyjski nauczyciel tańca, któremu zresztą scenarzysta wkłada w usta najzabawniejsze cytaty (najlepsze to odwołanie do Syberii xD).
Swoją drogą, Jean Arthur gra tu młodziutką kobietę i na takową mniej więcej wygląda, a w rzeczywistości w trakcie zdjęć była bliska 40-tki i była aż 8 lat starsza od Jimmy'ego Stewarta - jej ekranowego narzeczonego. Czerń i biel jak widać muszą jednak odmładniać niczym najlepsze kosmetyki ;) Tak podsumowując - po prostu pełen wdzięku i humoru staroć na ważny temat, a triumf na Oscarach jak najbardziej akceptowalny.
8/10
Frank Capra o tym, że nie warto być odzianym w drogi garnitur gburem, pozbawionym przyjaciół i wykonującym robotę nie sprawiającą grama przyjemności, tylko uśmiechnąć się i czerpać radość z życia. Niby historyjka strasznie naiwna i przewidywalna od początku do końca, ale skąpana w tym caprowskim uroku, do którego nic tylko mieć słabość.
Jako komedia - ubaw po pachy równie wyborny co przy "Arszeniku i starych koronkach", z kolei jako obyczajówka porusza istotne dla duszy wartości tak jak słynniejsze "To wspaniałe życie". Dialogi jak na tamte mniej wymagające Hollywood są naprawdę wyborne i przeważnie albo niezwykle bawią (dialog o sensie płacenia podatków xD), albo rozgrzewają serducho. Bohaterowie z kolei niesamowicie barwni i przy tym bardzo sympatyczni - aż chce się mieszkać w takim domu, robić co się uwielbia i mieć w dupie jakichś urzędasów. Zaskakuje tutaj Lionel Barrymore w roli poczciwego i lubianego dziadziusia, który swą postawą ratuje sąsiadów przed ulicą - tym bardziej, że 8 lat później w klasyku świątecznym tego samego reżysera zagra kompletne przeciwieństwo tej postaci. Są i w obsadzie dwaj czarnoskórzy służący z czego jeden z nich jest dumny, że żyje na zasiłku i przyznaje, że w areszcie czuje się jak w domu - żaden SJW się nie dorwał do tego tytułu i nie poświęcił owym dwóm skandalicznym zdaniom kilkustronicowego manifestu? ;) Moim ulubieńcem jest jednak rosyjski nauczyciel tańca, któremu zresztą scenarzysta wkłada w usta najzabawniejsze cytaty (najlepsze to odwołanie do Syberii xD).
Swoją drogą, Jean Arthur gra tu młodziutką kobietę i na takową mniej więcej wygląda, a w rzeczywistości w trakcie zdjęć była bliska 40-tki i była aż 8 lat starsza od Jimmy'ego Stewarta - jej ekranowego narzeczonego. Czerń i biel jak widać muszą jednak odmładniać niczym najlepsze kosmetyki ;) Tak podsumowując - po prostu pełen wdzięku i humoru staroć na ważny temat, a triumf na Oscarach jak najbardziej akceptowalny.
8/10
18-10-2021, 23:03 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-10-2021, 23:40 przez Kryst_007.)





