Obejrzałem wreszcie wersję z 2016 roku.
Starałem się podejść do tego bez większych uprzedzeń i po prostu dać się ponieść historii. Ale się nie da. Ten film jest zwyczajnie zły. Wykłada się właściwie na każdej płaszczyźnie. Scenariuszowo, oprócz tego, że stanowi niedorobiony remake pierwszej części, to jest pełen głupot (jak na przykład zaatakowanie tego przewodnika wycieczek przez duchy, które do niczego nie prowadzi) i durnych scen. Bohaterki są albo wyjątkowo irytujące (Melissa McCarthy – nie widziałem z nią żadnego innego filmu i po tym co tu zobaczyłem, nie mam zamiaru) albo zachowują się głupio lub histerycznie (Kristen Wigg, której Erin Gilbert jest niezdarą, co miało chyba być urocze, a po prostu drażni). W oryginale było czuć, że bohaterowie są naukowcami, którzy posiadają swoje dziwactwa, ale są kompetentni. Tutaj pogromczynie regularnie robią z siebie idiotki. Jeśli to miał być film feministyczny podkreślający siłę kobiet, to robi coś wręcz przeciwnego. Również pod względem humoru prawie nic tu nie działa – w pierwszych dwudziestu minutach są trzy żarty fekalne, a i później nic właściwie nie śmieszy. W filmie z 1984 (i sequelu) mieliśmy fajną mieszankę komedii i horroru. W 2016 roku nie ma ani jednego, ani drugiego. Jest za to mnóstwo sekwencji wywołujących facepalm, z tą obrzydliwie głupią sceną tańca w finale. Efekty specjalne też sprawiają wrażenie nie do końca dopracowanych. Paul Feig dokumentnie wszystko spartaczył.
Wprawdzie można znaleźć pewne elementy pozytywne w tym ogólnym szlamie – Kate McKinnon jako Jillian Holzmann jest zakręcona, przerysowana i świetnie bawi się rolą, a główny antagonista został nieźle zagrany (Neil Cassey wygląda na niezłego świra). Camea oryginalnej obsady też ujdą (choć grają inne postaci). Ale to za mało, żeby chociaż ocierało się o dobry film.
4/10 (jedno oczko więcej za McKinnon)
Tym bardziej liczę, że Aferlife będzie dobre, żeby jak najszybciej wszyscy zapomnieli o tej abominacji Paula Feiga.
Starałem się podejść do tego bez większych uprzedzeń i po prostu dać się ponieść historii. Ale się nie da. Ten film jest zwyczajnie zły. Wykłada się właściwie na każdej płaszczyźnie. Scenariuszowo, oprócz tego, że stanowi niedorobiony remake pierwszej części, to jest pełen głupot (jak na przykład zaatakowanie tego przewodnika wycieczek przez duchy, które do niczego nie prowadzi) i durnych scen. Bohaterki są albo wyjątkowo irytujące (Melissa McCarthy – nie widziałem z nią żadnego innego filmu i po tym co tu zobaczyłem, nie mam zamiaru) albo zachowują się głupio lub histerycznie (Kristen Wigg, której Erin Gilbert jest niezdarą, co miało chyba być urocze, a po prostu drażni). W oryginale było czuć, że bohaterowie są naukowcami, którzy posiadają swoje dziwactwa, ale są kompetentni. Tutaj pogromczynie regularnie robią z siebie idiotki. Jeśli to miał być film feministyczny podkreślający siłę kobiet, to robi coś wręcz przeciwnego. Również pod względem humoru prawie nic tu nie działa – w pierwszych dwudziestu minutach są trzy żarty fekalne, a i później nic właściwie nie śmieszy. W filmie z 1984 (i sequelu) mieliśmy fajną mieszankę komedii i horroru. W 2016 roku nie ma ani jednego, ani drugiego. Jest za to mnóstwo sekwencji wywołujących facepalm, z tą obrzydliwie głupią sceną tańca w finale. Efekty specjalne też sprawiają wrażenie nie do końca dopracowanych. Paul Feig dokumentnie wszystko spartaczył.
Wprawdzie można znaleźć pewne elementy pozytywne w tym ogólnym szlamie – Kate McKinnon jako Jillian Holzmann jest zakręcona, przerysowana i świetnie bawi się rolą, a główny antagonista został nieźle zagrany (Neil Cassey wygląda na niezłego świra). Camea oryginalnej obsady też ujdą (choć grają inne postaci). Ale to za mało, żeby chociaż ocierało się o dobry film.
4/10 (jedno oczko więcej za McKinnon)
Tym bardziej liczę, że Aferlife będzie dobre, żeby jak najszybciej wszyscy zapomnieli o tej abominacji Paula Feiga.
Wszystko jest możliwe, niemożliwe zabiera tylko trochę więcej czasu.
11-11-2021, 23:07 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-11-2021, 23:30 przez Dirk.)





