Złodziej z Bagdadu (1940) - ostatnio wzięło mnie na orientalistyczne kino z lat 40. Więc na pierwszy ogień brytyjski remake Złodzieja z Bagdadu z Douglasem Fairbanksem (który widziałem i uwielbiam). Choć wspólny tu właściwie jest jedynie tytuł (i akcja wzięcia klejnotu z hinduistycznego posągu), bo fabuła jest kompletnie inna. Jestem pewien, że Disney tu też zainkorporował sporo z tego filmu do Aladyna, bo jeden z pozytywnych bohaterów nazywa się Abu, a głównym złym jest zły wezyr parający się magią i mający na imię Dżafar. A sułtan to też infantylny staruszek.
Rozmachu i okazji do epatowania kolorem nie szczędzili. Domyślam jakie to musiało robić wrażenie, szczególnie w krajach liżących rany po II wojnie światowej (ciekawostka - był to trzeci film na ekranach PRLu). W dodatku są tu przełomowe efekty specjalne (pierwsze wykorzystanie blue screena). Muzyka z czołówki i początku nie ma tej stereotypowej islamskiej muzyki i bardziej przypomina muzykę Disneya.
Odzworowania bliskowschodniej kultury nie warto sprawdzać, bo wiadomo że w tamtych czasach czegoś takiego nie było - co prawda dżin (będący mało sympatycznym typem) jest zbliżony do pierwotnych wierzeń, gdzie był to odpowiednik czarta, ale to raczej zbieg okoliczności. I pewnie dzisiaj jest w indeksie dzieł zakazanych za sam temat "orientalizmu", dodatku dżin będący tym złym i stający się niewolnikiem złodzieja grany jest przez Afroamerykanina. Jednak co mnie zaskoczyło, to aktorzy faktycznie wyglądają na bliskowschodni lud (jak na tamte czasy). Zaś tytułowy złodziej jest grany przez Hindusa (których jest sporo jako statystów - opłaca się mieć kolonie :)). No dobra, basryjska księżniczka ewidentnie jest adoptowana z Europy i Ahmad, choć opalony i mający argentyńskie korzenie, też ma daleko do Araba.
Najlepsi aktorsko są Conrad Veidt w roli demonicznego wezyra i Miles Malleson jako sułtan. Zaskoczył mnie pozytywnie John Justin grający księcia Ahmada. Koleś dobrze odegrał pięknoducha, który jest suchoklatesem (już mniejszy od niego Abu ma większe bicki) i lekką cipą, którą trzeba ratować. To akurat miła odmiana po księciach z bajki będących zawsze ubermenschami. I też książę nie jest typem hollywoodzkiego przystojniaka - przeciwnie, ma przeciętną gębę i typowe angielskie uzębienie.
Momentami tempo pada i scenariusz nie umiał się zdecydować, kto ma tym głównym bohaterem - Abu czy Ahmad. Potem czytałem na wiki o problemach produkcyjnych, co w sumie widać. Anyway, film wart polecenia i stoi na własnych nogach.
7,5/10
Ali Baba i czterdziestu rozbójników (1944) - widziałem reklamy tego w niemieckim Super RTL ok. 2002-4 roku, gdzie wnioskowałem, że Ali Baba był jakimś księciem (oryginalnej treści baśni wówczas nie znałem), który musi walczyć z tytułowymi rozbójnikami. Jednak go nie oglądałem, bo interesowały mnie wtedy inne rzeczy.
Podczas lurkowania w necie odkryłem, że ten tytuł też był na PRL-owskich ekranach i uznałem, by zobaczyć. Film ma to samo co disneyowski Herkules - zero zgodności z materiałem źródłowym. Ali Baba nie jest tu biedującym perskim drwalem z rodziną, a synem arabskiego kalifa, zaś zbóje są Robin Hoodami. Nawet to nie jest baśń, lecz film bardziej historyczny, dotyczący zresztą inwazji Mongołów na Bagdad w 1258 roku (ale bliskowschodni historycy i arabiści będą łapać się za głowę na widok kilometrów nieścisłości).
Fajna była czołówka z napisami na murach, które zmywała wylana woda. I to jedyna kreatywność od filmu. Typowa taśmowa przygodówka osadzona egzotycznym settingu, którą można puścić dzieciakom w telewizji. Skoro to stary hollywoodzki film to trzeba przyzwyczaić do widoku WASPów, którym nawet nie raczono dać jakiejkolwiek charakteryzacji celem upodobnienia ich do bliskowschodnich i (mongolskich) ludów. Większość aktorów gra dość drętwo. Niespecjalnie też jest epicki - Bagdad ogranicza się do jednego planu i pałacu kalifa. W jednym ujęciu, gdy jakiś książę Achmed z Aladyna przybywa przed oblicze chana to miałem wrażenie, że zastosowali dwutaśmowy Technikolor. Choć Wielki Kanion sprawnie markuje arabskie plenery, a szczególnie wrażenie robi taniec grupowy Mongołów na weselu chana jako dowód, że CGI nie ma podjazdu do analogowej realizacji.
5/10 (EDIT: Z perspektywy czasu to zmieniam ocenę na 6,5/10, bo utkwił mi najbardziej w pamięci i w porównaniu z innymi hollywoodzkimi egzotykami lat 40. był naprawdę w porządku.)
I bonusowo:
:)
Rozmachu i okazji do epatowania kolorem nie szczędzili. Domyślam jakie to musiało robić wrażenie, szczególnie w krajach liżących rany po II wojnie światowej (ciekawostka - był to trzeci film na ekranach PRLu). W dodatku są tu przełomowe efekty specjalne (pierwsze wykorzystanie blue screena). Muzyka z czołówki i początku nie ma tej stereotypowej islamskiej muzyki i bardziej przypomina muzykę Disneya.
Odzworowania bliskowschodniej kultury nie warto sprawdzać, bo wiadomo że w tamtych czasach czegoś takiego nie było - co prawda dżin (będący mało sympatycznym typem) jest zbliżony do pierwotnych wierzeń, gdzie był to odpowiednik czarta, ale to raczej zbieg okoliczności. I pewnie dzisiaj jest w indeksie dzieł zakazanych za sam temat "orientalizmu", dodatku dżin będący tym złym i stający się niewolnikiem złodzieja grany jest przez Afroamerykanina. Jednak co mnie zaskoczyło, to aktorzy faktycznie wyglądają na bliskowschodni lud (jak na tamte czasy). Zaś tytułowy złodziej jest grany przez Hindusa (których jest sporo jako statystów - opłaca się mieć kolonie :)). No dobra, basryjska księżniczka ewidentnie jest adoptowana z Europy i Ahmad, choć opalony i mający argentyńskie korzenie, też ma daleko do Araba.
Najlepsi aktorsko są Conrad Veidt w roli demonicznego wezyra i Miles Malleson jako sułtan. Zaskoczył mnie pozytywnie John Justin grający księcia Ahmada. Koleś dobrze odegrał pięknoducha, który jest suchoklatesem (już mniejszy od niego Abu ma większe bicki) i lekką cipą, którą trzeba ratować. To akurat miła odmiana po księciach z bajki będących zawsze ubermenschami. I też książę nie jest typem hollywoodzkiego przystojniaka - przeciwnie, ma przeciętną gębę i typowe angielskie uzębienie.
Momentami tempo pada i scenariusz nie umiał się zdecydować, kto ma tym głównym bohaterem - Abu czy Ahmad. Potem czytałem na wiki o problemach produkcyjnych, co w sumie widać. Anyway, film wart polecenia i stoi na własnych nogach.
7,5/10
Ali Baba i czterdziestu rozbójników (1944) - widziałem reklamy tego w niemieckim Super RTL ok. 2002-4 roku, gdzie wnioskowałem, że Ali Baba był jakimś księciem (oryginalnej treści baśni wówczas nie znałem), który musi walczyć z tytułowymi rozbójnikami. Jednak go nie oglądałem, bo interesowały mnie wtedy inne rzeczy.
Podczas lurkowania w necie odkryłem, że ten tytuł też był na PRL-owskich ekranach i uznałem, by zobaczyć. Film ma to samo co disneyowski Herkules - zero zgodności z materiałem źródłowym. Ali Baba nie jest tu biedującym perskim drwalem z rodziną, a synem arabskiego kalifa, zaś zbóje są Robin Hoodami. Nawet to nie jest baśń, lecz film bardziej historyczny, dotyczący zresztą inwazji Mongołów na Bagdad w 1258 roku (ale bliskowschodni historycy i arabiści będą łapać się za głowę na widok kilometrów nieścisłości).
Fajna była czołówka z napisami na murach, które zmywała wylana woda. I to jedyna kreatywność od filmu. Typowa taśmowa przygodówka osadzona egzotycznym settingu, którą można puścić dzieciakom w telewizji. Skoro to stary hollywoodzki film to trzeba przyzwyczaić do widoku WASPów, którym nawet nie raczono dać jakiejkolwiek charakteryzacji celem upodobnienia ich do bliskowschodnich i (mongolskich) ludów. Większość aktorów gra dość drętwo. Niespecjalnie też jest epicki - Bagdad ogranicza się do jednego planu i pałacu kalifa. W jednym ujęciu, gdy jakiś książę Achmed z Aladyna przybywa przed oblicze chana to miałem wrażenie, że zastosowali dwutaśmowy Technikolor. Choć Wielki Kanion sprawnie markuje arabskie plenery, a szczególnie wrażenie robi taniec grupowy Mongołów na weselu chana jako dowód, że CGI nie ma podjazdu do analogowej realizacji.
5/10 (EDIT: Z perspektywy czasu to zmieniam ocenę na 6,5/10, bo utkwił mi najbardziej w pamięci i w porównaniu z innymi hollywoodzkimi egzotykami lat 40. był naprawdę w porządku.)
I bonusowo:
:)
21-01-2022, 19:37 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-04-2022, 16:20 przez OGPUEE.)






