Po "egzotycznych filmach" zdecydowałem poświęcić na początki filmowe Zorro. Gościa, który był dla pokolenia moich rodziców tym samym czym są teraz superbohaterowie DC i Marvela, zaś mój wujek za dzieciaka przebierał się za Zorro. I w zasadzie był też był moim pierwszym idolem, głównie przez serial z lat 90. na Polsacie, wersję Disneya i kreskówkę WB na VHS (i anime na Polonia1 też się załapało). Miałem nawet action figure'a z serii Playmates z 1997, jak Zorro w łańcuchach wymachiwał biczem (kurde, dzisiaj by to nie przeszło :D).
Znak Zorro (1920) - Mental uzna, iż jestem zboczony do potęgi, ale jebać jego uczucia :). Pierwsze podejście do Zorro, adaptujące bezpośrednio świeżo co wydane The Curse of Capistrano. Warto zobaczyć sprzed interpretacji chociażby Disneya, który de facto wymodelował ikoniczny wizerunek Zorro. Nie ma sierżanta Garcii (choć Gonzales trochę tak się zachowuje), kostium Lisa się różni od tego utrwalonego w popkulturze plus używa pistoletu i wycina to słynne "Z" na twarzach wrogów. Nie jest to origin story, bo Zorro już działa od jakiegoś czasu i fakt, że to Don Diego to twist. Dość zrobili ciekawy myk - otóż Don Diego w cywilu nie nosi wąsów (swoją drogą dziwnie ogląda się Douglasa Fairbanksa gładko ogolonego), ale jako Zorro je nosi (propsy za ogromne próby nie zdradzenia się, ale wyobrażam jakie to niepraktyczne i konsumujące czas). Fairbanksa jak zawsze miło się ogląda, tę jego zręczność (czasy gdy aktor faktycznie wykonywał wszystkie sceny kaskaderskie), humor i urok. Oprócz łotrzykowego Zorro też znakomicie odgrywa zblazowanego i dziecinnego Don Diega. Z drugiej strony momentami zajeżdża to melodramatem, bo sporo tu rozterek miłosnych między Diego/Zorro a Lolitą i główny zły też ma na nią chcicę; w finale ją porywa i brakuje jakichś pociągowych torów, tylko dlatego że jeszcze nie wynaleziono pociągów. I jest parę dłużyzn i przyznam, Fairbanks miał lepsze filmy swashbucklerowe. Niemniej jednak polecam. Jak Fairbanks w finale ucieka prze żołnierzami - kurwa, ale on wyćwiczony i sama kaskaderka robi wrażenie, mimo że to stuletni film.
7/10
Don Q, Son of Zorro - przed wersją z Tyrone'em Powerem zdecydowałem obejrzeć sequel wersji z Fairbanksem (który też tu wraca w podwójnej roli). Tutaj do ikonografii Zorro debiutuje bicz jako broń. Tym razem to Hiszpanie złapią się za głowę, ile tu zapewne nieścisłości jest z ich kulturą i tym okresem w ich historii. Film nie ma nic praktycznie związanego z Zorro, zresztą książka na podst. której go nakręcono dotyczyła czego inny. Już wtedy robili sequele tworzone po latach dla mamony. Już wtedy sequele miały bzdurne fabuły i powroty dziadków, by fani robili pod siebie (bo stary Don Diego postanawia włożyć kostium Zorro, bo tak). Pierwsza połowa to jakaś hiszpańskojęzyczna telenowela będąca zbyt rozwleczonym wstępem. Don Sebastian to trochę tragiczna postać. Wiernie służy koronie hiszpańskiej, próbuje zdobyć awans społeczny, a tu nagle jakiś Kalifornijczyk przystawia się do jego ukochanej, a na dokładkę jakiś szlachciur z Furzlandu jest cockblockerem :P. Sądziłem, że austriacki arcyksiążę (któremu się należało) będzie surprise villainem. Druga połowa to już konkret. Czyli pojedynki, pościgi i kaskaderskie zdolności Fairbanksa. Don Q nosi strój podobny do klasycznego Zorro, ale bez maski i wdzianku przypominający to z Zorro, The Gay Blade. I mimo wszystko fajnie ujrzeć wracającego Zorro kopiącego tyłki.
5/10
Znak Zorro (1940) - co mogę powiedzieć? Łał, już od początku jest spektakularny począwszy od pierwszego ujęcia trenujących fechtunek. Nawet tylna projekcja wypadła naturalnie. Pojedynek Diega i Pasquale'a - już fakt, że aktorzy musieli nauczyć się szermierki bez korzystania z dublerów i sztuczek montażowych, zmusza do docenienie wysiłku filmowców. Twórcy tu zrobili większy research względem hiszpańskiej kultury (przynajmniej takie odnoszę wrażenie) - np. Los Angeles (tu wymawianej przez "g", jako że to nadal Hiszpania) rządzi alkad, czyli hiszpański odpowiednik burmistrza (co też uwzględnili w serialu The Family Channel). Jak wersja z 1920 roku była pierwszym Batmanem Burtona, tak wersja z 1940 roku jest Batmanem: Początkiem, bo widzimy drogę Diega do założenia kostiumu (Fun fact: to z tego filmu wracał mały Batman, gdy zabili mu starych). Chociaż nie, Zorro dość nagle ni zgruchy ni pietruchy pojawia się bez żadnego wstępu czy build-upu. Sam kostium jeszcze nie wykrystalizował, bo nie ma peleryny (za to ma apaszkę). I też w tej wersji nie ma Bernardo, a Diego ma żyjącą matkę. Pięknie odegrano terror i przerażenie Los Angeles. Tu biedotą są faktycznie Hiszpanie w sombrero, a nie jedynie Indianie (którzy też tu się pojawiają) jak u Fairbanksa. Widać ograniczenia kodeksu Haysa, bo Zorro wycina "Z" na ubraniach i tapicerkach. I dlatego zaskoczyło mnie to, że tu nie waha się zabijać (nie kojarzę, by kiedykolwiek Zorro zabijał). Tyrone Power urodził się do roli tytułowego bohatera, Basil Rathbone jak zwykle daje radę jako villain. Wątek miłosny też taki se i raczej obligatoryjny. Jest też motyw jak żona drugiego złego chce rzucić i zaleca się do Diega. No i dość mało tu scen z Zorro i mogło być więcej Pasquale'a, bo główny zły, czyli alkad Quintero to bardziej pocieszna pierdoła potwierdzająca powiedzenie o Bertranda de Jouvenela o władcach. Wciąż to dobry film i udany remake.
8/10
Znak Zorro (1920) - Mental uzna, iż jestem zboczony do potęgi, ale jebać jego uczucia :). Pierwsze podejście do Zorro, adaptujące bezpośrednio świeżo co wydane The Curse of Capistrano. Warto zobaczyć sprzed interpretacji chociażby Disneya, który de facto wymodelował ikoniczny wizerunek Zorro. Nie ma sierżanta Garcii (choć Gonzales trochę tak się zachowuje), kostium Lisa się różni od tego utrwalonego w popkulturze plus używa pistoletu i wycina to słynne "Z" na twarzach wrogów. Nie jest to origin story, bo Zorro już działa od jakiegoś czasu i fakt, że to Don Diego to twist. Dość zrobili ciekawy myk - otóż Don Diego w cywilu nie nosi wąsów (swoją drogą dziwnie ogląda się Douglasa Fairbanksa gładko ogolonego), ale jako Zorro je nosi (propsy za ogromne próby nie zdradzenia się, ale wyobrażam jakie to niepraktyczne i konsumujące czas). Fairbanksa jak zawsze miło się ogląda, tę jego zręczność (czasy gdy aktor faktycznie wykonywał wszystkie sceny kaskaderskie), humor i urok. Oprócz łotrzykowego Zorro też znakomicie odgrywa zblazowanego i dziecinnego Don Diega. Z drugiej strony momentami zajeżdża to melodramatem, bo sporo tu rozterek miłosnych między Diego/Zorro a Lolitą i główny zły też ma na nią chcicę; w finale ją porywa i brakuje jakichś pociągowych torów, tylko dlatego że jeszcze nie wynaleziono pociągów. I jest parę dłużyzn i przyznam, Fairbanks miał lepsze filmy swashbucklerowe. Niemniej jednak polecam. Jak Fairbanks w finale ucieka prze żołnierzami - kurwa, ale on wyćwiczony i sama kaskaderka robi wrażenie, mimo że to stuletni film.
7/10
Don Q, Son of Zorro - przed wersją z Tyrone'em Powerem zdecydowałem obejrzeć sequel wersji z Fairbanksem (który też tu wraca w podwójnej roli). Tutaj do ikonografii Zorro debiutuje bicz jako broń. Tym razem to Hiszpanie złapią się za głowę, ile tu zapewne nieścisłości jest z ich kulturą i tym okresem w ich historii. Film nie ma nic praktycznie związanego z Zorro, zresztą książka na podst. której go nakręcono dotyczyła czego inny. Już wtedy robili sequele tworzone po latach dla mamony. Już wtedy sequele miały bzdurne fabuły i powroty dziadków, by fani robili pod siebie (bo stary Don Diego postanawia włożyć kostium Zorro, bo tak). Pierwsza połowa to jakaś hiszpańskojęzyczna telenowela będąca zbyt rozwleczonym wstępem. Don Sebastian to trochę tragiczna postać. Wiernie służy koronie hiszpańskiej, próbuje zdobyć awans społeczny, a tu nagle jakiś Kalifornijczyk przystawia się do jego ukochanej, a na dokładkę jakiś szlachciur z Furzlandu jest cockblockerem :P. Sądziłem, że austriacki arcyksiążę (któremu się należało) będzie surprise villainem. Druga połowa to już konkret. Czyli pojedynki, pościgi i kaskaderskie zdolności Fairbanksa. Don Q nosi strój podobny do klasycznego Zorro, ale bez maski i wdzianku przypominający to z Zorro, The Gay Blade. I mimo wszystko fajnie ujrzeć wracającego Zorro kopiącego tyłki.
5/10
Znak Zorro (1940) - co mogę powiedzieć? Łał, już od początku jest spektakularny począwszy od pierwszego ujęcia trenujących fechtunek. Nawet tylna projekcja wypadła naturalnie. Pojedynek Diega i Pasquale'a - już fakt, że aktorzy musieli nauczyć się szermierki bez korzystania z dublerów i sztuczek montażowych, zmusza do docenienie wysiłku filmowców. Twórcy tu zrobili większy research względem hiszpańskiej kultury (przynajmniej takie odnoszę wrażenie) - np. Los Angeles (tu wymawianej przez "g", jako że to nadal Hiszpania) rządzi alkad, czyli hiszpański odpowiednik burmistrza (co też uwzględnili w serialu The Family Channel). Jak wersja z 1920 roku była pierwszym Batmanem Burtona, tak wersja z 1940 roku jest Batmanem: Początkiem, bo widzimy drogę Diega do założenia kostiumu (Fun fact: to z tego filmu wracał mały Batman, gdy zabili mu starych). Chociaż nie, Zorro dość nagle ni zgruchy ni pietruchy pojawia się bez żadnego wstępu czy build-upu. Sam kostium jeszcze nie wykrystalizował, bo nie ma peleryny (za to ma apaszkę). I też w tej wersji nie ma Bernardo, a Diego ma żyjącą matkę. Pięknie odegrano terror i przerażenie Los Angeles. Tu biedotą są faktycznie Hiszpanie w sombrero, a nie jedynie Indianie (którzy też tu się pojawiają) jak u Fairbanksa. Widać ograniczenia kodeksu Haysa, bo Zorro wycina "Z" na ubraniach i tapicerkach. I dlatego zaskoczyło mnie to, że tu nie waha się zabijać (nie kojarzę, by kiedykolwiek Zorro zabijał). Tyrone Power urodził się do roli tytułowego bohatera, Basil Rathbone jak zwykle daje radę jako villain. Wątek miłosny też taki se i raczej obligatoryjny. Jest też motyw jak żona drugiego złego chce rzucić i zaleca się do Diega. No i dość mało tu scen z Zorro i mogło być więcej Pasquale'a, bo główny zły, czyli alkad Quintero to bardziej pocieszna pierdoła potwierdzająca powiedzenie o Bertranda de Jouvenela o władcach. Wciąż to dobry film i udany remake.
8/10
26-01-2022, 21:00 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27-01-2022, 02:49 przez OGPUEE.)
Spoiler




