The Day The Earth Stood Still (1951)
Na ziemię przybywa David Byrne z misją, której cel wyjawi wyłącznie przywódcom wszystkich narodów. Nie powie doradcy prezydenta, nie powie samemu prezydentowi - mają być wszyscy najważniejsi ludzie zebrani razem w jednym miejscu i basta. Oczywiście do spotkania szych nie dojdzie, bo ludzie są skłóceni, a widmo zimnej wojny zawisło nad światem (hehe). Ostatecznie "obcy" wyjawia wszystko grupce naukowców i przxypadkowych gapiów - DĄŻYMY DO ZAGŁADY I JAK NIE PRZESTANIEMY, TO ZOSTANIEMY ZNISZCZENI <grozi palcem>. Po drodze umiera, odradza się, poznaje babkę z synkiem, który oczywiście irytuje (GIŃCIE DZIECI), na szczęście w pewnym momencie znika ze sceny. Filmik zestarzał się brzydko (robot to wspaniała pokraka) i jest głupiutki (wojsko skutecznie ogarnia pościg za taksą w mieście pełnym taksówek, ale już statku kosmicznego i TRUPA przybysza z obcej planety nie pilnuje w zasadzie nikt), bo wszystko podporządkowano oczywistemu morałowi mogącemu robić wrażenie w tamtych czasach i okolicznościach, obecnie jednak... no, banalnego i wielokrotnie aplikowanego w mniej lub bardziej zjadliwej formie. 3-4/10.
Podwójne danie z Sidneya Lumeta: The Deadly Affair i The Anderson Tapes
Powieść Le Carre'a w rękach jednego z najwybitniejszych reżyserów świata? W teorii przepis na wielki film, w rzeczywistości - rozczarowanie, średniacha, jeden z najsłabszych tworów Lumeta. Teoretycznie jest tu wszystko na miejscu - ciekawa intryga, świetni aktorzy (Harry Andrews znowu "kradnie" sceny u Sidneya) i spoko klimacik z jazzującym Quincym Jonesem w tle. Zabrakło mi odpowiedniego wyważenia treści - zapychacze (małżeństwo głównego bohatera, teatr) pojawiają się zbyt często i skutecznie wytrącają (i tak już nieśpiesznie prowadzoną) opowieść z rytmu. Pierwszy raz w trakcie seansu dzieła Lumeta poczułem się ograbiony z czasu, a słabe zakończenie wzmocniło negatywne odczucia. 5/10
Sean Connery był najlepszym Bondem, wybornym aktorem, prawdziwym maczo, poza tym bił kobiety*. Jak tu gościa nie lubić? W Anderson Tapes gra charyzmatycznego, zakotwiczonego w "starych czasach" złodzieja, który zaraz po opuszczeniu więzienia przygotowuje kolejny skok. Puka Dyan Cannon, obmyśla plan, zbiera charakterną ekipę (świetny jest tu każdy - młokos Walken w jednej z pierwszych ról, staruszek Gottlieb nie radzący sobie z życiem poza kratami jak później Brooks w TSR, cwaniacki Williams i wreszcie najlepsza postać, czyli gejuch Balsam) i przechodzi do akcji. Małym utrudnieniem jest fakt bycia podsłuchiwanym przez służby, ale o tym cicho sza. Pierwsza część filmu roi się od świetnych scen, sporo tu humoru i luzu, ale gdzieś tam z tyłu wybrzmiewają poważniejsze tony - trudność z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, upływ czasu, kodeks honorowy i tak dalej. W końcu dochodzi do dłuuuugiego finału i pomimo przewidywalności ogląda się to jak na szpilkach. Mało kto był tak bezkompromisowy jak Lumet, mało kto również przedstawiał policję niczym wielką, zmechanizowaną bestię bez twarzy i ludzkich odruchów. The Deadly Affair był największym rozczarowaniem, The Anderson Tapes zaś największym pozytywnym zaskoczeniem u Sidneya. 7-8/10
*
Na ziemię przybywa David Byrne z misją, której cel wyjawi wyłącznie przywódcom wszystkich narodów. Nie powie doradcy prezydenta, nie powie samemu prezydentowi - mają być wszyscy najważniejsi ludzie zebrani razem w jednym miejscu i basta. Oczywiście do spotkania szych nie dojdzie, bo ludzie są skłóceni, a widmo zimnej wojny zawisło nad światem (hehe). Ostatecznie "obcy" wyjawia wszystko grupce naukowców i przxypadkowych gapiów - DĄŻYMY DO ZAGŁADY I JAK NIE PRZESTANIEMY, TO ZOSTANIEMY ZNISZCZENI <grozi palcem>. Po drodze umiera, odradza się, poznaje babkę z synkiem, który oczywiście irytuje (GIŃCIE DZIECI), na szczęście w pewnym momencie znika ze sceny. Filmik zestarzał się brzydko (robot to wspaniała pokraka) i jest głupiutki (wojsko skutecznie ogarnia pościg za taksą w mieście pełnym taksówek, ale już statku kosmicznego i TRUPA przybysza z obcej planety nie pilnuje w zasadzie nikt), bo wszystko podporządkowano oczywistemu morałowi mogącemu robić wrażenie w tamtych czasach i okolicznościach, obecnie jednak... no, banalnego i wielokrotnie aplikowanego w mniej lub bardziej zjadliwej formie. 3-4/10.
Podwójne danie z Sidneya Lumeta: The Deadly Affair i The Anderson Tapes
Powieść Le Carre'a w rękach jednego z najwybitniejszych reżyserów świata? W teorii przepis na wielki film, w rzeczywistości - rozczarowanie, średniacha, jeden z najsłabszych tworów Lumeta. Teoretycznie jest tu wszystko na miejscu - ciekawa intryga, świetni aktorzy (Harry Andrews znowu "kradnie" sceny u Sidneya) i spoko klimacik z jazzującym Quincym Jonesem w tle. Zabrakło mi odpowiedniego wyważenia treści - zapychacze (małżeństwo głównego bohatera, teatr) pojawiają się zbyt często i skutecznie wytrącają (i tak już nieśpiesznie prowadzoną) opowieść z rytmu. Pierwszy raz w trakcie seansu dzieła Lumeta poczułem się ograbiony z czasu, a słabe zakończenie wzmocniło negatywne odczucia. 5/10
Sean Connery był najlepszym Bondem, wybornym aktorem, prawdziwym maczo, poza tym bił kobiety*. Jak tu gościa nie lubić? W Anderson Tapes gra charyzmatycznego, zakotwiczonego w "starych czasach" złodzieja, który zaraz po opuszczeniu więzienia przygotowuje kolejny skok. Puka Dyan Cannon, obmyśla plan, zbiera charakterną ekipę (świetny jest tu każdy - młokos Walken w jednej z pierwszych ról, staruszek Gottlieb nie radzący sobie z życiem poza kratami jak później Brooks w TSR, cwaniacki Williams i wreszcie najlepsza postać, czyli gejuch Balsam) i przechodzi do akcji. Małym utrudnieniem jest fakt bycia podsłuchiwanym przez służby, ale o tym cicho sza. Pierwsza część filmu roi się od świetnych scen, sporo tu humoru i luzu, ale gdzieś tam z tyłu wybrzmiewają poważniejsze tony - trudność z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, upływ czasu, kodeks honorowy i tak dalej. W końcu dochodzi do dłuuuugiego finału i pomimo przewidywalności ogląda się to jak na szpilkach. Mało kto był tak bezkompromisowy jak Lumet, mało kto również przedstawiał policję niczym wielką, zmechanizowaną bestię bez twarzy i ludzkich odruchów. The Deadly Affair był największym rozczarowaniem, The Anderson Tapes zaś największym pozytywnym zaskoczeniem u Sidneya. 7-8/10
*
03-03-2022, 14:57





