Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki zupełnie mi się nie podobał. Spodziewałem się dobrego filmu przygodowego, a nie science-fiction. W poprzednich częściach zdarzały się naciągane, bzdurne sceny, ale w czwartej prawie każda jest taka: samochód "skaczący" po wodospadach, LaBeouf skaczący z małpami po drzewach, do tego jeszcze kosmici, UFO i tym podobne głupoty. Nie pomogła duża ilość przygód i akcji, bo wszystko to ogląda się bez emocji. Niestety zabrakło też humoru.
Jedynie Harrison Ford trzyma poziom, jest najlepszy z całej obsady filmu i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Jeśli zaś chodzi o aktorów drugoplanowych to najlepiej wypadł moim zdaniem Shia LaBeouf w roli motocyklisty czyli potencjalnego dawcy organów. Cate Blanchett zapamiętałem tylko z tego, że mówiła z dziwnym rosyjskim akcentem - nie pokazała talentu, który niewątpliwie posiada. Karen Allen była znakomita w "Poszukiwaczach...", ale w "Królestwie..." nie potrafiła przykuć uwagi widza, mimo że wyglądała równie ładnie, co 27 lat temu. Ray Winstone był beznadziejny, bo miał beznadziejną rolę, raz był dobry raz zły i sam aktor się w tym pogubił. John Hurt zagrał postać, która mogła wprowadzić do filmu więcej humoru, ale tego nie wykorzystał, nie był w ogóle zabawny. Pomijam Jima Broadbenta, któremu scenariusz nie dawał pola do popisu.
Nie podobała mi się również warstwa wizualna: zdjęcia Janusza Kamińskiego, jak również scenografia wyglądały bardzo sztucznie, jakby powstały w komputerze. Akcja filmu rozgrywała się w dżungli, więc powinny być jakieś dzikie zwierzęta, a nie małpy, groźne mrówki, zupełnie niegroźne skorpiony w jaskiniach i węże służące jako liny - takie rzeczy to tylko w animacjach Disneya.
W poprzednich częściach dało się przełknąć różne bzdury. Poszukiwacze zaginionej arki to moim zdaniem nie tylko najlepszy film serii, ale najlepszy film przygodowy w ogóle. Ostatnia krucjata to z kolei świetna komedia, pełna znakomitych gagów i niepozbawiona emocjonujących scen akcji. Świątynia Zagłady była trochę przekombinowana, ale i tak oglądało się świetnie.
Niestety "Królestwo Kryształowej Czaszki" nie podobało mi się ani jako film akcji, ani jako komedia. Zaśmiałem się tylko raz podczas sceny na ruchomych piaskach (scena z wężem).
Na koniec plusy: prolog kończący się wybuchem bomby (pomijając lodówkę) był znakomity, bo utrzymano klimat poprzednich części. Kolejne sceny, a szczególnie poznanie Mutta Williamsa, bójka w barze oraz pościg kończący się wjazdem do biblioteki także trzymały dobry poziom.
No i moim zdaniem w dalszej części filmu skończyły się już pomysły. Kolejne sceny są już nieprzemyślane, zrealizowane bez polotu, bez pomysłu, bez klimatu i nie dostarczają emocji.
Świetne jest jeszcze wprowadzenie postaci Indiany, który podnosi z ziemi kapelusz, zakłada na głowę, nie widać na razie jego twarzy, tylko cień na samochodzie, ale nikt nie miał wątpliwości, że to cień Indiany Jonesa. Znakomity jest również epilog, w którym kapelusz także spełnia ważną rolę, pokazany jako nieodłączny rekwizyt głównego bohatera (trzymał się na jego głowie nawet podczas spadania z wodospadu).
Jedynie Harrison Ford trzyma poziom, jest najlepszy z całej obsady filmu i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Jeśli zaś chodzi o aktorów drugoplanowych to najlepiej wypadł moim zdaniem Shia LaBeouf w roli motocyklisty czyli potencjalnego dawcy organów. Cate Blanchett zapamiętałem tylko z tego, że mówiła z dziwnym rosyjskim akcentem - nie pokazała talentu, który niewątpliwie posiada. Karen Allen była znakomita w "Poszukiwaczach...", ale w "Królestwie..." nie potrafiła przykuć uwagi widza, mimo że wyglądała równie ładnie, co 27 lat temu. Ray Winstone był beznadziejny, bo miał beznadziejną rolę, raz był dobry raz zły i sam aktor się w tym pogubił. John Hurt zagrał postać, która mogła wprowadzić do filmu więcej humoru, ale tego nie wykorzystał, nie był w ogóle zabawny. Pomijam Jima Broadbenta, któremu scenariusz nie dawał pola do popisu.
Nie podobała mi się również warstwa wizualna: zdjęcia Janusza Kamińskiego, jak również scenografia wyglądały bardzo sztucznie, jakby powstały w komputerze. Akcja filmu rozgrywała się w dżungli, więc powinny być jakieś dzikie zwierzęta, a nie małpy, groźne mrówki, zupełnie niegroźne skorpiony w jaskiniach i węże służące jako liny - takie rzeczy to tylko w animacjach Disneya.
W poprzednich częściach dało się przełknąć różne bzdury. Poszukiwacze zaginionej arki to moim zdaniem nie tylko najlepszy film serii, ale najlepszy film przygodowy w ogóle. Ostatnia krucjata to z kolei świetna komedia, pełna znakomitych gagów i niepozbawiona emocjonujących scen akcji. Świątynia Zagłady była trochę przekombinowana, ale i tak oglądało się świetnie.
Niestety "Królestwo Kryształowej Czaszki" nie podobało mi się ani jako film akcji, ani jako komedia. Zaśmiałem się tylko raz podczas sceny na ruchomych piaskach (scena z wężem).
Na koniec plusy: prolog kończący się wybuchem bomby (pomijając lodówkę) był znakomity, bo utrzymano klimat poprzednich części. Kolejne sceny, a szczególnie poznanie Mutta Williamsa, bójka w barze oraz pościg kończący się wjazdem do biblioteki także trzymały dobry poziom.
No i moim zdaniem w dalszej części filmu skończyły się już pomysły. Kolejne sceny są już nieprzemyślane, zrealizowane bez polotu, bez pomysłu, bez klimatu i nie dostarczają emocji.
Świetne jest jeszcze wprowadzenie postaci Indiany, który podnosi z ziemi kapelusz, zakłada na głowę, nie widać na razie jego twarzy, tylko cień na samochodzie, ale nikt nie miał wątpliwości, że to cień Indiany Jonesa. Znakomity jest również epilog, w którym kapelusz także spełnia ważną rolę, pokazany jako nieodłączny rekwizyt głównego bohatera (trzymał się na jego głowie nawet podczas spadania z wodospadu).
07-06-2008, 15:30





