Próbowałem obejrzeć drugą część Austina Powersa („The Spy Who Shagged Me”). Na pierwszej odsłonie byłem w kinie i pamiętam, że nastawiałem się na dobrą komedię, a wyszedłem z seansu zażenowany. Teraz postanowiłem podejść do tego jeszcze raz, ze świeżym umysłem. I wrażenia mam takie same, jak dwadzieścia lat temu. O ile w filmie jest kilka niezłych pomysłów, a i sam koncept agenta idioty też można nieźle wykorzystać, to obecność żartów fekalnych i obleśnych całkowicie skreśla dla mnie tę serię. Nie cierpię „komedii”, w których dowcip polega na tym, że gruby koleś się ślini albo ktoś wypije gówno myśląc, że to kawa. Sorry, ale to nawet nie jest poziom przedszkola.
Drugiej nie skończyłem i do trzeciej części nie zamierzam podchodzić. Nawiasem mówiąc, w jaki sposób twórcy trójki przekonali Stevena Spielberga (i kilka innych, dużych nazwisk) do uczestnictwa w tym festiwalu „żartów” o pierdzeniu, bekaniu i sraniu, do dzisiaj pozostaje dla mnie zagadką.
Wciąż nie rozumiem więc fenomenu Austina Powersa. A przecież Mike Myers zrobił wcześniej dwie bardzo dobre części „Świata Wayne’a”…
Drugiej nie skończyłem i do trzeciej części nie zamierzam podchodzić. Nawiasem mówiąc, w jaki sposób twórcy trójki przekonali Stevena Spielberga (i kilka innych, dużych nazwisk) do uczestnictwa w tym festiwalu „żartów” o pierdzeniu, bekaniu i sraniu, do dzisiaj pozostaje dla mnie zagadką.
Wciąż nie rozumiem więc fenomenu Austina Powersa. A przecież Mike Myers zrobił wcześniej dwie bardzo dobre części „Świata Wayne’a”…
Wszystko jest możliwe, niemożliwe zabiera tylko trochę więcej czasu.
10-05-2022, 20:37





