Breakfast at Tiffany's (1961)
Powtórka po paru ładnych latach na Blu-ray'u. Tak się zastanawiam czy film byłby taki grzeczny, gdyby poczekali z jego realizacją te kilka wiosen na obalenie Haysa. Książki nie czytałem, nie wiem czy też jest taka lekka, ale wiem że przynajmniej zakończenie jest zdecydowanie nie tak kolorowe jak u Edwardsa.
Film stoi głównie elegancją Audrey. Kurcze, nawet jako kobieta lekkich obyczajów emanuje nie lada gracją. Zdecydowanie swym blaskiem przyćmiewa kompletnie nijakiego Pepparda i nie da się ukryć, że kult filmu to w 99% jej zasługa i utworu "Moon River". Kot z kolei to chyba drugi najlepszy aktor w obsadzie. Oczywiście dzisiaj nie wszystko by przeszło przez barierę obecnego punktu widzenia. Nie mówię tu tylko o Mr. Yunioshim, który faktycznie wzbudza bardziej cringe i służy za najbardziej wredny obraz Azjaty jaki może istnieć. Już w Kiepskich bywały subtelniejsze parodie skośnookich. Mam na myśli także pokazywanie w sympatycznym świetle męża Holly, który wiekowo mógłby być jej ojcem, a poślubił ją... w wieku 14 lat! (*tu wstaw żart o Polańskim*)
Legenda przerosła film, tak jak parę innych klasyków, które dał nam tamten okres kina, ale mimo drobnych zgrzytów ogląda się dobrze nawet po tych sześciu dekadach. Z flagowych filmów Audrey preferuję (i to zdecydowanie) "Rzymskie wakacje", do których także trzeba wrócić w najbliższym czasie.
7/10
Powtórka po paru ładnych latach na Blu-ray'u. Tak się zastanawiam czy film byłby taki grzeczny, gdyby poczekali z jego realizacją te kilka wiosen na obalenie Haysa. Książki nie czytałem, nie wiem czy też jest taka lekka, ale wiem że przynajmniej zakończenie jest zdecydowanie nie tak kolorowe jak u Edwardsa.
Film stoi głównie elegancją Audrey. Kurcze, nawet jako kobieta lekkich obyczajów emanuje nie lada gracją. Zdecydowanie swym blaskiem przyćmiewa kompletnie nijakiego Pepparda i nie da się ukryć, że kult filmu to w 99% jej zasługa i utworu "Moon River". Kot z kolei to chyba drugi najlepszy aktor w obsadzie. Oczywiście dzisiaj nie wszystko by przeszło przez barierę obecnego punktu widzenia. Nie mówię tu tylko o Mr. Yunioshim, który faktycznie wzbudza bardziej cringe i służy za najbardziej wredny obraz Azjaty jaki może istnieć. Już w Kiepskich bywały subtelniejsze parodie skośnookich. Mam na myśli także pokazywanie w sympatycznym świetle męża Holly, który wiekowo mógłby być jej ojcem, a poślubił ją... w wieku 14 lat! (*tu wstaw żart o Polańskim*)
Legenda przerosła film, tak jak parę innych klasyków, które dał nam tamten okres kina, ale mimo drobnych zgrzytów ogląda się dobrze nawet po tych sześciu dekadach. Z flagowych filmów Audrey preferuję (i to zdecydowanie) "Rzymskie wakacje", do których także trzeba wrócić w najbliższym czasie.
7/10
11-08-2022, 09:42 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-08-2022, 09:43 przez Kryst_007.)





