Dzień Alexa Proyasa sobie zrobiłem. Do Crow nie wracam na razie, ale obejrzałem jego dwa filmy. W ogóle, to jest facet którego wyciągają z szuflady raz na dekadę i mówią "Hej, nie ma kto nam filmu zrobić, nudzisz się?" I wychodzi że gość się nudzi i idzie kręcić film. Beka, bo w sumie ma ich 5 na krzyż przez 25 lat. Produktywny, nie ma co.
I, Robot 2004r.
Potężna produkcja z Willem Smithem. Ja się nie dziwię, że scenariusz "I, Robot" uznawany jest w holly za jeden z lepszych, bo faktycznie jest rozpisany niczym maestria i w wielu miejscach po prostu można się rozpływać nad tym, jak fabuła jest poprowadzona. Zasadniczo jest to film o buncie maszyn (czyli taki nowszy Terminator) ale pod warstwą sztampowej historii są przemycane ciekawe patenty i wątki poprowadzone są z ogromnym pietyzmem. Smith gra roboto-sceptyka (?), który zostaje wkręcony w intrygę samobójstwa doktorka odpowiedzialnego za zrobotyzowanie świata. Jego przeciwnikiem jest robot Sonny, który nie do końca jest jednoznaczną postacią, przynajmniej na początku. Bohater rozwiązuje zagadkę i ratuje świat. To znaczy, nie on, tylko ten robot Sonny, ale przy wsparciu detektywa i psycholożki od robotyki. Zasadniczo, warstwa fabularna jest bardzo dopieszczona ale to wszystko fasada, bo cały film jest McGuffinem i może stąd te zachwyty i wrażenie, że fabuła jest rozpisana doskonale.
Co my tu mamy? Jeden, wielki McGufin startujący od zabójstwa dokonanego przez Sonnego, do którego został zmuszony przez doktorka (którego to zabija), po to aby detektyw wpadł na pisek sztucznej inteligencji planującej przejąc kontrolę nad światem. Ta AI to Viki. Tylko to w ogóle się kupy nie trzyma, bo Viki chce usunąć detektywa kompletnie bez powodu - w chwili, gdy roboty go atakują (kolejno: w domu, potem na autostradzie a następnie na złomowisku) detektyw nic nie wie o buncie. Nie wie też o tym Sonny, więc cała intryga jest po prostu kompletnie niepotrzebna. Jeszcze lepiej robi się, jak spojrzymy na początek filmu: samobójstwo doktorka jest kompletnie poza polem wiedzy/świadomości Viki, czyli udział Sonnego oraz jego wyjątkowość też, a co za tym idzie VIKI nie powinna usuwać nagrań z pokoju z chwili zdarzenia, bo zwyczajnie byłoby w jej interesie wpakowanie Sonnego, bo tylko on ją może zniszczyć. Teoretycznie mógłby to zrobić Smith, ale diabli wiedzą czy jego sztuczna ręka by to wytrzymała wyjęcie tych nanobotów, które bierze Sonny. I w ten sposób mamy super akcje, które kompletnie nie ma sensu, bo i tak dochodzi do rewolucji, a przerywa ją Sonny, zaś cała intryga detektywa jest kompletnie bez znaczenia.
Od strony technicznej to całkiem przyjemnie jest - Sonny jest wykonany zajebiście, jak wszystkie roboty. Tutaj spece od motoryki i CGI dali z siebie wszystko, bo nawet dzisiaj efekty robią wrażenie (po za sekwencjami z jazdy AUDI... tam jest CGI fest po taniości). Dialogi i humor stonowane ale onelinery sypią się co chwilę i całość ma lekkie zabarwienie humorystyczne. Muzyka i zdjęcia poprawne, akcji od groma i nawet jest kilka scen wgniatających w fotel. To akurat zasługa pomysłu na wykorzystanie mocy tych robotów, zwłaszcza Sonnego. Ale durne to, jeśli pomyśleć o konstrukcji fabularnej. Na pierwszy rzut kompletnie dałem się oszukać i byłem zachwycony, ale jak już sprawę przemyślałem i obejrzałem drugi raz to ten McGuffin aż kłuje w oczy.
7/10 - blockbuster dawnej ery, nie ma to tamto XD
Knowing 2009r.
Tym razem wykopali z szafy Proyasa do filmu o końcu świata. Jest też intryga i znów McGuffin. Nicolas Cage jest świadkiem odkopania kapsuły czasu, która leżała w ziemi 50 lat. Tak się składa, że trafia na listę zdarzeń, które już miały miejsce. Przez przypadek odgaduje, że to jest fizyczna lista z widniejącymi katastrofami z całego świata, a kolejne cyferki to zdarzenia mające dopiero nastąpić. Acha, i nagle okazuje się, że syn bohatera jest w to wmieszany. Koncept zacny, bo początkowo intryga mnie wciągnęła jak bagno - te cyferki i odkrywanie tajemnicy spoko, szanuję za podejście. Ale i tak na końcu się okazało, że alieny przez 50 lat robią podchody i nie ma znaczenia, że wybrali tę młodą co sobie złoty strzał zrobiła, tak jak nie ma znaczenia, że akurat wybrali dzieciaka ojca, który odkrył cyferki. To wszystko jest bez sensu. Fabularnie to leży i nie ma co w ogóle szukać logiki. Film ma duszny klimat, ale jest przefiltrowany do tego stopnia, że w całości wygląda jak CGI fest z tech demka. Są te dwie katastrofy (samolot i metro) widać zacięcie do pokazania skali, ale ponownie jest wrażenie takie, że odhacza się wątki bez wyraźnego sensu. Gdy karty są już na stole, zaczyna się ucieczka, film dostaje fajnego kopa, czuć zagrożenie i nadchodzący koniec - znów, przylatują alieny i wsiadają do samochodu (HAHAHAHAHA) i porywają dwójkę dzieci. WTF?! Na koniec się okazuje, że statek alienów to arka. Najs, podchody z kamykami to mega zabawa.
Tak sobie to oglądam i czuć tutaj miks dwóch solidnych pomysłów, z których żaden nie zdominował i nic nie zagrało. Oglądało się przyjemnie, ale znów - to film nad którym lepiej nie ruszać szarych komórek. Niestety, wizualnie słabuje mocno, muzyka Beltramiego nawet podkręca klimacik ale w ogólnym rozrachunku jest to taki podkręcony film o końcu świata. Podkręcony o bzdurną intrygę. Ten motyw z kapsułą jednak dobry - szkoda że wszystko skręciło w tę stronę, bo potencjał był ogromny a został zmarnowany i rozmieniony na drobne.
5/10
I, Robot 2004r.
Potężna produkcja z Willem Smithem. Ja się nie dziwię, że scenariusz "I, Robot" uznawany jest w holly za jeden z lepszych, bo faktycznie jest rozpisany niczym maestria i w wielu miejscach po prostu można się rozpływać nad tym, jak fabuła jest poprowadzona. Zasadniczo jest to film o buncie maszyn (czyli taki nowszy Terminator) ale pod warstwą sztampowej historii są przemycane ciekawe patenty i wątki poprowadzone są z ogromnym pietyzmem. Smith gra roboto-sceptyka (?), który zostaje wkręcony w intrygę samobójstwa doktorka odpowiedzialnego za zrobotyzowanie świata. Jego przeciwnikiem jest robot Sonny, który nie do końca jest jednoznaczną postacią, przynajmniej na początku. Bohater rozwiązuje zagadkę i ratuje świat. To znaczy, nie on, tylko ten robot Sonny, ale przy wsparciu detektywa i psycholożki od robotyki. Zasadniczo, warstwa fabularna jest bardzo dopieszczona ale to wszystko fasada, bo cały film jest McGuffinem i może stąd te zachwyty i wrażenie, że fabuła jest rozpisana doskonale.
Co my tu mamy? Jeden, wielki McGufin startujący od zabójstwa dokonanego przez Sonnego, do którego został zmuszony przez doktorka (którego to zabija), po to aby detektyw wpadł na pisek sztucznej inteligencji planującej przejąc kontrolę nad światem. Ta AI to Viki. Tylko to w ogóle się kupy nie trzyma, bo Viki chce usunąć detektywa kompletnie bez powodu - w chwili, gdy roboty go atakują (kolejno: w domu, potem na autostradzie a następnie na złomowisku) detektyw nic nie wie o buncie. Nie wie też o tym Sonny, więc cała intryga jest po prostu kompletnie niepotrzebna. Jeszcze lepiej robi się, jak spojrzymy na początek filmu: samobójstwo doktorka jest kompletnie poza polem wiedzy/świadomości Viki, czyli udział Sonnego oraz jego wyjątkowość też, a co za tym idzie VIKI nie powinna usuwać nagrań z pokoju z chwili zdarzenia, bo zwyczajnie byłoby w jej interesie wpakowanie Sonnego, bo tylko on ją może zniszczyć. Teoretycznie mógłby to zrobić Smith, ale diabli wiedzą czy jego sztuczna ręka by to wytrzymała wyjęcie tych nanobotów, które bierze Sonny. I w ten sposób mamy super akcje, które kompletnie nie ma sensu, bo i tak dochodzi do rewolucji, a przerywa ją Sonny, zaś cała intryga detektywa jest kompletnie bez znaczenia.
Od strony technicznej to całkiem przyjemnie jest - Sonny jest wykonany zajebiście, jak wszystkie roboty. Tutaj spece od motoryki i CGI dali z siebie wszystko, bo nawet dzisiaj efekty robią wrażenie (po za sekwencjami z jazdy AUDI... tam jest CGI fest po taniości). Dialogi i humor stonowane ale onelinery sypią się co chwilę i całość ma lekkie zabarwienie humorystyczne. Muzyka i zdjęcia poprawne, akcji od groma i nawet jest kilka scen wgniatających w fotel. To akurat zasługa pomysłu na wykorzystanie mocy tych robotów, zwłaszcza Sonnego. Ale durne to, jeśli pomyśleć o konstrukcji fabularnej. Na pierwszy rzut kompletnie dałem się oszukać i byłem zachwycony, ale jak już sprawę przemyślałem i obejrzałem drugi raz to ten McGuffin aż kłuje w oczy.
7/10 - blockbuster dawnej ery, nie ma to tamto XD
Knowing 2009r.
Tym razem wykopali z szafy Proyasa do filmu o końcu świata. Jest też intryga i znów McGuffin. Nicolas Cage jest świadkiem odkopania kapsuły czasu, która leżała w ziemi 50 lat. Tak się składa, że trafia na listę zdarzeń, które już miały miejsce. Przez przypadek odgaduje, że to jest fizyczna lista z widniejącymi katastrofami z całego świata, a kolejne cyferki to zdarzenia mające dopiero nastąpić. Acha, i nagle okazuje się, że syn bohatera jest w to wmieszany. Koncept zacny, bo początkowo intryga mnie wciągnęła jak bagno - te cyferki i odkrywanie tajemnicy spoko, szanuję za podejście. Ale i tak na końcu się okazało, że alieny przez 50 lat robią podchody i nie ma znaczenia, że wybrali tę młodą co sobie złoty strzał zrobiła, tak jak nie ma znaczenia, że akurat wybrali dzieciaka ojca, który odkrył cyferki. To wszystko jest bez sensu. Fabularnie to leży i nie ma co w ogóle szukać logiki. Film ma duszny klimat, ale jest przefiltrowany do tego stopnia, że w całości wygląda jak CGI fest z tech demka. Są te dwie katastrofy (samolot i metro) widać zacięcie do pokazania skali, ale ponownie jest wrażenie takie, że odhacza się wątki bez wyraźnego sensu. Gdy karty są już na stole, zaczyna się ucieczka, film dostaje fajnego kopa, czuć zagrożenie i nadchodzący koniec - znów, przylatują alieny i wsiadają do samochodu (HAHAHAHAHA) i porywają dwójkę dzieci. WTF?! Na koniec się okazuje, że statek alienów to arka. Najs, podchody z kamykami to mega zabawa.
Tak sobie to oglądam i czuć tutaj miks dwóch solidnych pomysłów, z których żaden nie zdominował i nic nie zagrało. Oglądało się przyjemnie, ale znów - to film nad którym lepiej nie ruszać szarych komórek. Niestety, wizualnie słabuje mocno, muzyka Beltramiego nawet podkręca klimacik ale w ogólnym rozrachunku jest to taki podkręcony film o końcu świata. Podkręcony o bzdurną intrygę. Ten motyw z kapsułą jednak dobry - szkoda że wszystko skręciło w tę stronę, bo potencjał był ogromny a został zmarnowany i rozmieniony na drobne.
5/10
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”
22-08-2022, 18:52





