Touch of Evil (1958)
Ale ten film technicznie zostawia swe czasy daleko w tyle. Co ujęcie to łapałem się za głowę i myślałem sobie: "Wow! To można było tak kręcić w tamtych czasach?". Otwierający film mastershot, filmowanie z dołu, kamera wchodząca do windy razem z bohaterami czy przymocowana na masce rozpędzonego samochodu... Welles to zdecydowanie miał zbyt wyjątkowy umysł na to całe Hollywood, które tłumiło go z całych sił na każdym kroku i tak było i w tym przypadku. Potężny szacun dla Waltera Murcha za zmontowanie filmu pod dyktando zachowanych notatek Wellesa (oby kiedyś się udało i w przypadku Ambersonów).
Film emanuje atmosferą, którą możnaby ciąć nożem. Na szczęście to nie przerost formy nad treścią i historia potrafi zaangażować. Wydaje się być zresztą nawet całkiem aktualna po tylu dekadach, bo przecież niewykluczone, że w szeregach policji nadal posadę mają takie obślizgłe typki ignorujące prawo, jak kpt. Hank Quinlan. Fenomenalna rola reżysera, który ze swą aparycją i charyzmą tworzy portret styranego przez życie zdemoralizowanego detektywa, który w dupie ma prawdę i zawarłby pakt z diabłem byleby wyszło na jego korzyść. Czuć to jego zmęczenie istnieniem na ziemskim padole - do tego typu ról się zresztą idealnie nadawał. Wiadomo, casting Hestona w roli Meksykańca czy Marlene Dietrich jako cyganki to dzisiaj śmiech na sali, ale poza tym zębu czasu nie stwierdzono i dzieło nadal kopie dupę. Plusem ponadto jest to klasyczne u Wellesa przywiązywanie wagi do detali.
9/10
BTW. Janet Leigh to nie ma szczęścia do moteli - w jednym zostanie zasztyletowana pod prysznicem, w innym jeszcze natrafi na hordę antypatycznych Meksykańców :)
Ale ten film technicznie zostawia swe czasy daleko w tyle. Co ujęcie to łapałem się za głowę i myślałem sobie: "Wow! To można było tak kręcić w tamtych czasach?". Otwierający film mastershot, filmowanie z dołu, kamera wchodząca do windy razem z bohaterami czy przymocowana na masce rozpędzonego samochodu... Welles to zdecydowanie miał zbyt wyjątkowy umysł na to całe Hollywood, które tłumiło go z całych sił na każdym kroku i tak było i w tym przypadku. Potężny szacun dla Waltera Murcha za zmontowanie filmu pod dyktando zachowanych notatek Wellesa (oby kiedyś się udało i w przypadku Ambersonów).
Film emanuje atmosferą, którą możnaby ciąć nożem. Na szczęście to nie przerost formy nad treścią i historia potrafi zaangażować. Wydaje się być zresztą nawet całkiem aktualna po tylu dekadach, bo przecież niewykluczone, że w szeregach policji nadal posadę mają takie obślizgłe typki ignorujące prawo, jak kpt. Hank Quinlan. Fenomenalna rola reżysera, który ze swą aparycją i charyzmą tworzy portret styranego przez życie zdemoralizowanego detektywa, który w dupie ma prawdę i zawarłby pakt z diabłem byleby wyszło na jego korzyść. Czuć to jego zmęczenie istnieniem na ziemskim padole - do tego typu ról się zresztą idealnie nadawał. Wiadomo, casting Hestona w roli Meksykańca czy Marlene Dietrich jako cyganki to dzisiaj śmiech na sali, ale poza tym zębu czasu nie stwierdzono i dzieło nadal kopie dupę. Plusem ponadto jest to klasyczne u Wellesa przywiązywanie wagi do detali.
9/10
BTW. Janet Leigh to nie ma szczęścia do moteli - w jednym zostanie zasztyletowana pod prysznicem, w innym jeszcze natrafi na hordę antypatycznych Meksykańców :)
25-08-2022, 10:10 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-08-2022, 10:27 przez Kryst_007.)





