W tym roku zamiast corocznego maratonu w Halloween (w które też coś obczaję), ta sama formuła jak w grudniu - rozłożyłem ów maraton na cały miesiąc i w wszystkie dni oglądam jakiś horror - część jakichś nienadrobionych klasyków, jakieś nowości lub rzeczy do przypomnienia sobie i zweryfikowania na nowo oceny. Więc na pierwszy ogień:
Koszmar w Dunwich (1970) - adaptacja jednego z moich ulubionych opowiadań Lovecrafta. Trochę sceptycznie podchodziłem, bo od Wilbura nie bije nadnaturalność i da o sobie amerykańska pruderyjność (i niski budżet). Cóż, film korzysta z faktu zniesienia kodeksu Haysa i wiele jest odniesień do erotyzmu. Czy np. główna bohaterka czuje miętę do Wilbura, któremu daleko do bożyszcza. Reszta jak najbardziej zgodna z moimi przewidywaniami.
Fabuła w miarę wiernie podąża za literackim pierwowzorem, mimo iż Wilbur w tej wersji wygląda jak najbardziej normalnie i wygląda jak czyiś stary. Lecz brakuje tej surowości i aury tajemnicy. Sam początek przypomina prędzej Rodzinę Addamsów, a deliryczna sekwencja erotyczna wygląda jak ekipa z filmów o panie Kleksie kręcili scenę seksu z Dziecka Rosemary. Co uderza, kiepska gra aktorska - od dukających ról kobiecych, po niemrawego Stockwella czy kończąc na szarżującym starym Whateleyu. A i muzyka bardziej przypomina coś z opery mydlanej.
Technicznie znośnie, choć ograniczenia są widoczne. Bliźniaka Wilbura jest mało i pojawia się w całej okazałości na 10 sekund, a tak głównie to ujęcia POV i zabijanie przy pomocy psychodelicznych kolorów.
Koszmar w Dunwich zasługuje na lepszą ekranizację.
4/10
Koszmar w Dunwich (1970) - adaptacja jednego z moich ulubionych opowiadań Lovecrafta. Trochę sceptycznie podchodziłem, bo od Wilbura nie bije nadnaturalność i da o sobie amerykańska pruderyjność (i niski budżet). Cóż, film korzysta z faktu zniesienia kodeksu Haysa i wiele jest odniesień do erotyzmu. Czy np. główna bohaterka czuje miętę do Wilbura, któremu daleko do bożyszcza. Reszta jak najbardziej zgodna z moimi przewidywaniami.
Fabuła w miarę wiernie podąża za literackim pierwowzorem, mimo iż Wilbur w tej wersji wygląda jak najbardziej normalnie i wygląda jak czyiś stary. Lecz brakuje tej surowości i aury tajemnicy. Sam początek przypomina prędzej Rodzinę Addamsów, a deliryczna sekwencja erotyczna wygląda jak ekipa z filmów o panie Kleksie kręcili scenę seksu z Dziecka Rosemary. Co uderza, kiepska gra aktorska - od dukających ról kobiecych, po niemrawego Stockwella czy kończąc na szarżującym starym Whateleyu. A i muzyka bardziej przypomina coś z opery mydlanej.
Technicznie znośnie, choć ograniczenia są widoczne. Bliźniaka Wilbura jest mało i pojawia się w całej okazałości na 10 sekund, a tak głównie to ujęcia POV i zabijanie przy pomocy psychodelicznych kolorów.
Koszmar w Dunwich zasługuje na lepszą ekranizację.
4/10
01-10-2022, 16:34 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-10-2022, 16:34 przez OGPUEE.)





